sobota, 17 lutego 2024

Myślę o końcu

 Ostatnio się zafiksowałam na autodiagnozowaniu ADHD.

Najpierw przeczytałam ankietę, która ma pozwolić je zdiagnozować i mam sporo objawów i nawet rzeczy, których nie łączyłam z ADHD, mogą nimi być, np. kompletny brak umiejętności przyjmowania krytyki.

Potrzebuję wiedzieć, kiedy koniec - to mi daje poczucie bezpieczeństwa. Może to wynikać z tego, że męczy mnie skupianie uwagi. Ciekawe, jak ktoś taki miałby robić mindfulness, które polega na byciu tu i teraz. A ja myślę o końcu. To telos. 

Jak wchodzę na bieżnię, to od razu z założeniem, ile minut, km albo kalorii. Jak jadę rowerem, to dokądś. Jak czytam książkę, to do końca, a najchętniej w ramwaju, bo wiem, ile trwa moja droga do pracy. Nie rozumiem, jak można iść pochodzić po lesie. Chyba musiałabym założyć docelową liczbę napotkanych ptaków albo chociaż wielkość wiadra do wypełnienia grzybami.

Coś z tym końcem zawsze było na rzeczy, bo do tej pory, a od przedszkola do łez doprowadza mnie piosenka o pożegnaniu: "przy innym ogniu w inną noc do zobaczenia znów". Wiem, że miałam od początku podejrzenia, że to ściema i nie ma gwarancji, że zobaczę te osoby przy innym ogniu w inną noc, ale dorośli nie chcieli tego powiedzieć wprost. Ty bardziej, że śpiewaliśmy to w dzień i w życiu w przedszkolu nie było ogniska. 

Tak sobie teraz myślę, że jeśli faktycznie bym miała to ADHD, a i tak sporo osiągnęłam, to co by było jakbym go nie miała i jestem trochę zła. Jak dostanę certyfikat ADHD, to pogadam sobie z rodzicami, którzy bardzo rozbawieni lubią opowiadać, jak ćwiczyłam serwis tenisowy pod klasą w szkole bez piłki i rakiety, zamiast mnie zaprowadzić kontrolnie do psychologa. 

Jest we mnie taki męczeński akcent, że im coś jest trudniejsze, tym większa szansa, że to zrobię. W sensie nikt kogo znam, nie umie pójść na basen na 7. Albo teraz codziennie coś ćwiczę. Albo uczę się greckiego w dużym stopniu sama. I wczoraj na bieżni słuchając Mariny Satti pomyślałam, że przetłumaczę rzetelnie jakąś jej piosenkę i przeanalizuję gramatykę grecką na jej podstawie. I przypomniało mi się, że tak zrobiłam ze wszystkimi piosenkami Brittney Spears z płyty "Oops I did it again" jak miałam pewnie z 10 lat dokładnie w tym salonie, w którym teraz siedzę. I uśmiecham się do tej szalonej Ulci i przytulam ją mocno. Przykro mi, że musiało być jej tak ciężko.

niedziela, 20 listopada 2016

o rzeczach znaczących

Było poprawnie, była MC Doris i poezja. Czas na naukę.

Dużo myślałam o znaku ostatnio i wydawało mi się, że doszłam do czegoś wielkiego, ale lektura Stommy mi uświadomiła, że kręcę się jak pies za ogonem.. Przynajmniej finezyjne kręcę te obroty. Jednak wciąż według określonego schematu. Według strukturalizmu.
I właściwie to, co napiszę, będzie próbą ułożenia sobie w głowie tego, co na ten temat myślałam i czytałam. A rozumiem to w ten sposób:

Wszystko, co coś znaczy, musi mieć swoją odwrotność. Właściwie nawet znaczy, bo ma odwrotność. Wyobraźmy sobie za radą Stommy świat, w którym wszystko jest niebieskie - w takim świecie słowo "niebieski" nie mogłoby istnieć, bo nie istnieje nic nieniebieskiego. Zatem nie ma potrzeby nazywania tej cechy rzeczywistości.
Tak samo sprawa ma się z fonetyką i właściwie z teorii dotyczącej tej dziedziny de Saussure i Jakobson pozwolili wywieść dalsze wnioski: znaczenie wyrazu zmienia się, jeśli głoski, które je tworzą, mają swoje odwrotności, i tak dla Polaków znacząca jest różnica między "ć" i "cz", a dla Francuza już nie, bo nie ma znaczenia czy wymówi bardziej /repyblik tszek/ czy /ciek/, nie istnieje bowiem słowo, które różni się jedynie tym pierwszym dźwiękiem.
Do binarności strukturalistów odwoływali się twórcy teorii hegemonii kulturowej - Mouffe i Laclau, którzy uznali, że posługując się językiem, jesteśmy skazani na wykluczanie, bo mówiąc "a", mówimy jednocześnie "nie b".

Mnie w tym wszystkim brakuje kropki nad i, której wydaje się dostarczać dwuznaczność francuskiego "siginifier" i polskiego "znaczyć". To drugie może denotować równoważność, ale może się też odnosić do doniosłości jakiegoś elementu, cf. "to wiele dla mnie znaczy" = "to jest dla mnie ważne". Jeśli coś jest dla mnie ważne, to nakierowuję na to swoją uwagę i zaczynam posługiwać się pewną określoną leksyką. Lekarze wszędzie mogą dostrzegać objawy chorób, filologowie słowa, a artyści symbole.

Nie zwracając uwagi na pewne rzeczy, pozwalamy słowom umierać..


wtorek, 15 listopada 2016

Avenue Foch

Une nuit en rentrant chez moi
j'ai vu une fille de joie
un collant couleur vin
une robe couleur verre
en toute serenite elle allait vendre sa chair

Elle n'evitait pas la lumiere
coulant des lampadaires
toute radieuse, elle m'a fait
renoncer a mon dessein
de la fixer d'un regard
rempli de dedain

Ses levres semblaient dire
des mots ornes de rire:
Ceci est mon corps
il est la pour vous
prenez en tous
mangez en tout

Son temoignage muet
m'a violemment poussee
vers l'ombre et a penser
qu'elle, elle recevra le pardon
et moi, je resterai
une pute de bonne reputation


środa, 16 marca 2016

Appendix

Taki nietakt.. Zostawić czytelnika bez klucza do interpretacji.. Upraszam o wybaczenie, już się poprawiam.
"Niełatwo" wyraża ogrom trudności w życiu, a postać przysłówkowa w przebiegły sposób pozwala na niedopowiedzenie, bowiem w przeciwieństwie do przymiotnikowej nie potrzebuje towarzystwa rzeczownika choćby. Tę błyskotliwą uwagę o wyższości przysłówków znalazłam u prof. Bralczyka, który na poparcie swych słów slogan "sucho i świeżo" przywołuje z reklamy pampersów. Notabene taka samowystarczalność leksemu symbolizuje współczesny indywidualizm i że każdy sobie coś tam skrobie. A inny, idąc mostem, może jakieś cukry proste.

Ukoiwszy ból niezrozumienia czytelnika, śpieszę donieść, że poza nurtem w poezji minimalizm może przejawiać się również w postaci nowatorskiej formy terapii - zakatowanie. Polega ona na przykład na przyjmowaniu minimalnych racji żywieniowych. To taki pierwszy kroczek w odzyskiwaniu kontroli nad życiem. Skutkami ubocznymi mogą być anoreksja albo wycieńczenie, ale niekoniecznie. Znanymi zwolenniczkami tej metody były Emily z filmu "Diabeł ubiera się u Prady" i Simone Weil - żydowska filozof z początku XX wieku. Nie można jednoznacznie stwierdzić, że stosowały ją w celach terapeutycznych, ale po coś na pewno.

wtorek, 15 marca 2016

Minimalizm

Wątek minimalizmu już się tu pojawiał, ale jako że coraz więcej elementów pojawia się ostatnio w moim życiu w dawkach minimalnych, np. entuzjazm, aktywność czy uroda, to postanowiłam w to brnąć.  
Chciałabym na przykład tworzyć w nurcie poezji, którego niedocenioną twórczynią była bohaterka "Pawia Królowej", zdaje się Lep Katarzyna, monolingwizmu. O wierszu "Głazy" pisze:
poruszający jednowyrazowy utwór refleksję nad kamieniami wyraża, liczba mnoga użytego w nim wyrazu symbolizuje duże ich ilości na terenie świata. 
 Rozważam włączenie do tego nurtu równie minimalistycznej odnogi twórczej - plagiatu. Dziś pomyślałam, że nikt lepiej nie oddaje moich uczuć niż Kozidrak Beata:

siedzę i siedzę, myślę i myślę, czego naprawdę mi brak. Może pewności, że kiedy zniknę, nie będziesz czekał przy drzwiach.
Okazuje się, że trochę brak mi uzdolnień, bo pokręciłam słowa. Głodnemu chleb na myśli, jak mówi stare gruzińskie przysłowie i Freud Zygmunt. Ale nie poddam się. Niełatwo być pionierem, ale w ogóle nic jest niełatwo, więc wieczne cierpienie.

Wiersz pierwszy tomiku "Słowo":
Niełatwo.


środa, 24 lutego 2016

Krzyż socjologiczny

Na czwartym piętrze budynku Instytutu Socjologii na ul. Karowej 18 wisi krzyż socjologiczny, który nierówną długością swych ramion symbolizuje nierówności w społeczeństwie. Dłuższe ramię symbolizuje ludzi, którzy wiodą dłuższe życie, sporządzają dłuższe listy zakupów i których stać na opłacanie dłuższych rachunków. Ponadto pionowa pozycja owego ramienia odzwierciedla dumę, dynamizm moralny i imponującą ruchliwość społeczną. Krótszy natomiast poza stagnacją życiową spowodowaną determinizmem skazanych na niekorzystną przynależność klasową oddaje krótszy żywot tychże, wynikający z po prostu ubóstwa, nędzy i ogólnie rozumianego bagna. Krótsze listy zakupów, krótsze rachunki i nie wiem, co tam jeszcze krótsze.. Przecięcie się ramion symbolizuje odwieczny konflikt i przemoc. A ich wiszenie symbolizuje jedyne wyjście z sytuacji. Nazwa zaś krzyża nic nie symbolizuje, bo wzięła się z łacińskiego słowa oznaczającego krzyż i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.
I nic się z tym wszystkim nie da zrobić.
Jedno życie, jedno ramię, wszystko jedno.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Święto Zmarłych

Cały świat spływa mi łzami
Przed oczami.
Cały świat mnie boli
Jak kąpiel w soli.
Cały świat mnie uwiera
I, jeśli mam być szczera,
jestem dziś nie do życia.
Dziś
jestem do śmierci.

niedziela, 18 października 2015

ta ostatnia niedziela

ci wszyscy seniorzy na balach seniora, koncertach seniora, na międzynarodowym dniu seniora, na dniu seniora,

(który, jak spojrzeć na kalendarz Pani Poseł, przypada często, bo codziennie)

przeplatane pewnie pogrzebami seniora

(na które już nie chadzamy)

uderzają mnie swoją aktywnością,

biofilijnością,

a im chyba bliżej do śmierci niż mnie.

Chociaż chyba wcale nie.

Prawdziwy Meksyk.

Ja z samego rana, zaraz po przebudzeniu

pytam wyszukiwarkę

o godziny otwarcia lidla

o godziny otwarcia l.eclerca.

Każą mi czekać.

Więc posłałam wszystkie moje żale znakami dymnymi do nieba.

Bo takie śniadanie zafundował mi lidl i l.eclerc.

Kontakt z bóstwem w niedzielę: check

wtorek, 6 października 2015

Wykolejenie

Pociąg z Paryża wjedzie na nie swój tor przy obcym peronie.
Stacja: Wielka Polityka.
Pasażerom wysiadającym życzymy dobrej zabawy i mocnych nerwów. Pasażerom przesiadającym się życzymy wspaniałej dalszej podróży. Pasażerom niezdecydowanym życzymy większej decyzyjności, a pozostałym pasażerom życzymy pozostania sobą i wesołych świąt. Tak aby nikt nie pozostał bez życzeń.

Ja wysiadłam. I dzisiaj, po 42 dniach od decyzji o wysiadce, odwróciłam się i po raz pierwszy rzuciłam tęskne spojrzenie w kierunku, w którym odjechał pociąg. Gdyby tylko życzono pasażerom możliwości powrotu... Przecież życzenia się spełniają. Ale nie ma odwrotu.
I utknęłam w szczerym polu, a właściwie dopiero z obecnej perspektywy widzę, w jak bardzo szczerym polu mnie wysadzono. Szczerym do bólu. Teraz to się zrobiło pięciogwiazdkowe pole namiotowe. Z recepcją. Ale przynajmniej wysiadł ze mną jeden z kontrolerów. Miły. Taki, co tylko w PKP się zdarzyć może. I on więcej jeździł i może opowiedzieć. No i jest kobietą, czyli często wychodzi poza swoje służbowe kompetencje, żeby było nam lepiej. I żeby żyło się dostatniej, a Polska rosła w siłę.
Mój zakres obowiązków i tak nie ma granic, więc nigdy nie wyjdę poza służbowe kompetencje. Zawsze działam w ich ramach. To nieludzkie. Tak myślę, bo .. nie wiem, uciekła mi myśl. Lata sobie teraz gdzieś po polu babci Ani i zrywa astry. Bo to chyba astry rosną jesienią. I jak pięknie tańczy. Twerkuje w rytm chwytliwej melodii Konshensa. Potwerkowałabym z nią.

Może na następnej stacji będzie lepszy parkiet.

wtorek, 27 stycznia 2015

Szaleństwa pastereczek

Wczoraj znalazłam się na ceremonii rozdania dyplomów inżynierskich w Folies Bergeres. Zbytnio się tam nie odnalazłam. Zupełnie nie rozumiałam elegii na cześć postępu i innowacji, więc skupiłam się na formie, czyli analizowałam figury stylistyczne w przemówieniach kolejnych mówców. Wszystkie tyrady cechowały się uwielbieniem do redundancji. Jednocześnie zastanawiałam sie, jakby to wyglądało u nas, na kierunku humanistycznym. W sumie w ciągu tych 3 lat nie dość, że nigdy nie miała miejsce żadna oficjalna uroczystość (no poza wigilią, którą duma kazała mi omijać, przez to, że nigdy nikomu nie przyszło do głowy, żeby to mnie zaproponować czytanie Biblii po francusku), to nie mam chyba ani pół zdjęcia z jakiejkolwiek imprezy z ludźmi ze studiów. W przeciwieństwie do nas, świeżo uhonorowani inżynierowie bawili się najwyraźniej doskonale. Świadczyły o tym zdjęcia z licznych prezentacji multimedialnych. Zabawne, że tak kiepsko wymierzyli ekran, że połowa napisów była ucięta. Inżyniery.. Po 3 godzinach w amfiteatrze na wszystkich czekał szampan i petits fours, które zaliczę w potężny już poczet elementów kultury francuskiej nie zasługujących na własną nazwę, a jednak ją posiadających. Poznałam przy okazji mamę Badisa (a tak! to dzięki niemu się tam znalazłam), która pełnym wzruszenia głosem na przemian dziękowała i gratulowała swojemu synowi tytułu. Potem zachwycała się mną i powtarzała, że Badis bez przerwy coś o mnie opowiada. Wyrażała zarazem zmartwienie, że jej jednorodzony syn chce się ulotnić do Polski, jak tylko nadarzy mu się okazja. I na koniec zaprosiła mnie na kuskus któregoś dnia. Musiała wcześniej wyjść, bo nazajutrz musiała wstać do pracy o 5 rano. My z Badisem zostaliśmy i rozpoczęliśmy rundkę po znajomych. Niektórych poznałam wcześniej. Niektórych dopiero przy okazji ceremonii. Znów refleksja, że rytuały konwersacyjne i w ogóle konwenanse francuskie są idiotyczne, uderzyła mnie prosto w twarz. Osoby, z którymi rozmawiałam całkiem miło, uciekały ode mnie przy pierwszej nadarzającej się okazji, czyli jak jakiś znajomy pojawił się w okolicy. Bez "przepraszam". Bez jakiegoś podsumowującego uśmiechu. Za to z wyrazem ulgi na twarzy. 
Ale na powitanie trzeba się było pocałować w oba policzki z zupełnie obcymi osobami. I też od razu wiedziałam, że zgodnie z wszelką logiką, na pożegnanie nie będzie to już konieczne, mimo że nasza znajomość będzie dłuższa, jakkolwiek absurdalnie krótkie obie długości by nie były. Ale "ca va" to się trzeba było wymienić. Tak jakby kogoś interesowała odpowiedź na to pytanie. I jakbyśmy wszyscy nie wiedzieli, że nawet w dniu śmierci własnej matki, musimy odpowiedzieć zupełnie neutralnym tonem, że "parfait". 
Ach te gry społeczne.. Ach te puste foremki... Ah, les beaux jours w Paryżu..
Na szczęście Badis mężnie opiekował się moim kieliszkiem i te refleksje jedynie przemykały mi przez głowę zbyt szybko, żeby zmącić mój dobry nastrój.
Po ceremonii udaliśmy się na pizzę do koszernej knajpy, bo Badis stwierdził, że nie można pozwolić, żeby strach nami rządził. Poopowiadał mi o swoim nowym polskim obiekcie westchnień o imieniu Judyta. Tu przypomniała nam się wystawa inspirowana twórczością de Sade'a, na której było sporo reprezentacji biblinej Judyty, która pozbawia głowy Holofernesa i która to wystawa skutkowała dla mnie załamaniem nerwowym na niedzielę. Niestety właściciele knajpy zaczęli wysyłać werbalne i niewerbalne sygnały, że będą zamykać. I wtedy nastąpiło zwieńczenie wieczoru: okazało się, że Badis nie pamięta, gdzie zostawił samochód. Przez pierwszą godzinę poszukiwań, jak jeszcze miałam alkohol w krwiobiegu, było mi zupełnie ciepło i wciąż się śmiałam. W efekcie przegapiłam ostatnie metro, w które wcześniej nie zamierzałam wsiadać, przekonana, że wrócę samochodem z Badisem. No i tak do 2:47, kiedy to wsiadłam w autobus nocny, pojazd się nie odnalazł. Wróciłam do siebie ze zdrętwiałymi z zimna dłońmi i patrzę, a tu zapalone światła w mieszkaniu. Weszłam. A to malutka Jeanne w ramionach swojej babci kategorycznie odmawiała dostosowania się do godzin snu panujących w świecie dorosłych. Śliczna śliczna dziewczynka. Przyjrzała mi się uważnie i uśmiechnęła porozumiewawczo, jakby chciała powiedzieć: "a co będziemy tam spać w nocy, nie?". Trochę jeszcze popłakała i natychmiast usnęła. Uroiłam sobie w głowie, że czekała na mnie, bo wiedziała, że nie wstanę przed jej wyprowadzką nazajutrz. W międzyczasie przypomniałam sobie, że św. Antoni zawsze mi pomaga odnaleźć zagubione przedmioty, więc szybko poprosiłam go, żeby pomógł Badisowi i po 5 minutach dostałam telefon, że samochód o poetyckim kolorze nieba (bleu ciel) cały czas czekał na swojego właściciela tam, gdzie ten ostatni go zostawił. 
O 3:40 beztrosko mogłam się położyć spać.



niedziela, 25 stycznia 2015

Lewicowy manifest

W następstwie pozytywnie rozpatrzonego wniosku Elżbiety Szymankiewicz o zamieszczenie wpisu, który całkowicie zaburzy logikę, chronologię i charakter prowadzonego przez jedną trzecią jej potomstwa bloga, zamieszczam wpis,  który całkowicie zaburzy logikę, chronologię i charakter prowadzonego przez jedną trzecią jej potomstwa bloga:

1 maja 2014r. o godzinie 10:58 nastąpiło wykorzenienie.


ŁUBUDU BUM BUM GRUCH.

-Było chore, nic by już nie urodziło.
-Babciu, to się nazywa eugenika.
-Ale nic by już z niej nie było.

-Powiedz, Basia, Krzysztofowi, że dżemu ze śliwek nie będzie.

Ciocia i babcia wyrwały śliwkę. Twierdzą, że spróchniała i że nic by już dobrego z niej nie było, a ponadto zasłania piękne, rosłe i pełne potencjału choinki.
Ciocia i babcia wyrwały śliwkę. Posłużyły się w tym celu siekierą, motyką i łopatą. Bezlitośnie odrąbały jedyną łączność drzewa z życiodajnymi składnikami, odłączyły mu kroplówkę.
Ciocia i babcia wyrwały śliwkę. Wywiozły jej członki na taczce pod rów. Tam poległa, na cmentarzysku niewydajności i bezpłodności.

-Babciu, co to jest?
-Takie podskórne wylewy. Do niczego się nie nadaję.

Babciu, co my z Tobą zrobimy?


Paris est vraiment minuscule

Myślę, że to dobry moment, ażeby po raz kolejny dokonać legitymizacji tytułu niniejszego bloga - "Paryż jest wielki jak chusteczka do nosa".

Jest tak ogromny, że mój sąsiad z naprzeciwka pierwszego dnia po powrocie z miesięcznego pobytu w Tajlandii napotkał w metrze dziewczynę z potężną walizką. Zaproponował niebodze* pomoc we wnoszeniu dobytku po schodach. Dziewczyna, po krótkiej rozmowie, okazała się być nowo przybyłą do Paryża Polką. Na tę wiadomość mój sąsiad oznajmił, że okolicę zamieszkuje, według jego wiedzy, jeszcze co najmniej jedna Polka, która nieznośnie narzeka i może jej, jako owej Polki rodaczce, uda się coś z tym zrobić. Nastąpiła wymiana adresów mailowych. Zied wyekspediował wiadomości do nas obu. Jak tylko ją przeczytałam, wrzuciłam adres Ani do wyszukiwarki na facebooku i okazało się, że jest to bardzo dobra koleżanka mojej przyjaciółki od lat przedszkolnych, Karoliny. Znałam Anię. Z opowieści. Natychmiast zredagowałam pełnego niedowierzania maila. Ania odpowiedziała mi tym samym. Ustaliłyśmy, że musimy się spotkać. Od tamtej pory widziałyśmy się już trzy razy. Dostrzegam w Ani dużo podobieństw do Karoliny. Nie dziwi mnie, że się świetnie dogadują. 
A ja cieszę się, bo mam w niej cząstkę mojej przyjaciółki, która aktualnie podbija Anglię. 

*nieboga, z jidysz, nie ma etymologicznie nic wspólnego z brakiem Boga, aczkolwiek poglądy Ani czynią to słowo wieloznacznym.

Weekend także spędziłam w środowisku polskim. Właściwie wśród polskiej inteligencji, jak za emigracji w czasie stanu wojennego. To stwierdzenie zyskuje na adekwatności przez fakt, że mieszkanie, w którym się znalazłam w niedzielę, było redakcją pisma redagowanego w latach osiemdziesiątych.
Ale najpierw w sobotę byłam świadkiem obrony doktoratu nauczycielki, której asystuję co sobotni poranek w podstawówce. Zatem pierwsze nasze spotkanie tego dnia miało miejsce w pracy. Joanna powitała mnie, jak to leży w jej naturze, z ogromnym entuzjazmem i z otwartymi w staropolskim geście gościnności ramionami. Tym razem ten gest miał również wyeksponować odświętny strój, jaki musiała na tę okazję przywdziać. Pomyślałam wtedy, że dla osoby tak skupionej na treści jak Joanna, konieczność zachowania formy musi być koszmarem. A to był pierwszy raz, kiedy ją widziałam w czymś innym niż spodnie. Tak czy inaczej nie wywołało to zamieszek w klasie. Jedynie nasz uroczy Anatol zajmował się więcej niż zwykle uprawianiem sztuki w zeszycie i nie zawsze był w stanie odmienić czasowniki modalne, które stanowiły główny temat zajęć. Z drugiej strony nic dziwnego. "Musieć" w pierwszej osobie liczby pojedynczej MUSI być dla niego jednym z najmniej ulubionych wyrazów w tym wieku. No może jeszcze moje dziewczyny jako pierwszy zawód, który im przyszedł do głowy wymieniły pasterza. Ale jakoś dobrnęliśmy do końca. Po lekcji poszłyśmy z Joanną się posilić do knajpy afgańskiej. Wysłuchałam kilku wspaniałych historii, takich z serii "kiedyś to były czasy" i razem obrałyśmy kierunek na Sorbonę. Przed budynkiem czekała rodzina i przyjaciele doktorantki. Od wszystkich biła jakaś ogromna życzliwość. Weszliśmy do środka. Rozsiedliśmy się po amfiteatrze. Członkowie jury zajęli miejsca przy stole na środku, a Joannie przysługiwało to naprzeciwko nich. Wszystko trwało cztery godziny, a z każda minutą gęstniała gestykulacja i wzrastała pewność w głosie Joanny, która musiała odpierać ataki o zróżnicowanym stopniu absurdalności. Po czterech godzinach zostaliśmy wygonieni z sali, żeby umożliwić naradę członkom jury, które ustaliło ostatecznie, że tytuł doktora się Joannie należy, i to z mention très honnorable (najwyższa ocena). Wystrzeliły korki od szampana, kobiety zaczęły defilować z tacami gęstymi od przystawek, rozpoczęło się radosne trajkotanie gratulacyjne. Wyszliśmy stamtąd około 19 i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę napełnieni dumą, że nasza polska Joanna podbija Sorbonę. 

Niedzielę natomiast spędziłam u wujostwa, którzy swoje tytuły naukowe zdobyli lata temu. Moja nowa Ciocia Hélène przygotowała wspaniałą ucztę. Doszłam do wniosku, że francuska kuchnia na stole, przy którym panuje polska atmosfera to idealna sytuacja. Mój nowy Wujek Andrzej między opowieściami o swojej przeszłości i o teoriach lingwistycznych zaprezentował mi tryptyk z wieżą Babel namalowany na sposób ludowy. Świetna sprawa, doznałam chwilowego zaspokojenia potrzeb estetycznych w tym paskudnym mieście.
Tak sobie myślę, że to zabawne, że moi wujostwo profesorostwo są dla mnie członkami rodziny i funkcjonujemy werbalnie i niewerbalnie w tym kontekście.
W końcu Ciocia była promotorką moich obydwu nauczycielek (tej z liceum i Joanny), a Wujek prowadził seminarium na japonistyce, na które chodziła moja cudowna nauczycielka francuskiego z Lelewela.. Wszyscy moi znajomi Polacy z tego pokolenia, którzy mieszkali lub mieszkają w Paryżu, znają się.. A teraz widziałam, że znajomy producent filmowy zna dobrze syna moich wujostwa..
Na kolacji poznałam jeszcze brata Wujka Andrzeja, Leszka, jego żonę, Veronique i ich dzieci: Ewunię i Michela. 
Z uczty musiałam się urwać przed 18:30, żeby zdążyć na Mszę. Zdążyłam, ale nic do mnie z Niej nie dotarło, bo myślami byłam w 12 arr.

Więcej grzechów nie pamiętam, więc nie wiem, czy za nie żałuję.





czwartek, 8 stycznia 2015

2015, l'Haim!

Za świętości naszych nieposzanowanie.
Za nieprzedstawialnego przedstawianie.
Za to będziemy siać strach.
Za mach.

Paryż powitał mnie ulewnym deszczem i wieściami o zamachu na redakcję satyrycznego pisma z bilansem 12 ofiar śmiertelnych. Wczoraj zmarł też Tadeusz Konwicki. 
Życie, kocham cię nad życie! Chociaż "trzeba umieć umrzeć, by żyć" i "kto będzie chciał zachować życie, straci je". To całkiem adekwatne w kontekście ludzi, którzy zginęli za to, że robili ryzykowne rzeczy. Żyli, ale nie trzymali się kurczowo masztu.
A propos życia, wczoraj spędziłam 4 godziny na przeglądaniu śpiewnika kolęd regionalnych i uderzyło mnie, że słowo "żywot" jest właściwie synonimem słowa "łono" ("owoc żywota Twojego, Jezus"). I znów naszła mnie konkluzja, że dawanie życia to domena kobiet, a domeną mężczyzn jest permanentna gotowość do oddawania życia. Dlatego ci ostatni muszą być bardzo przekonani o słuszności swojej decyzji i za ważną w swoich oczach sprawę być w stanie umrzeć.

Jeśli chodzi o moje życie, to okres przed Bożym Narodzeniem był jakimś koszmarem. Zupełnie się posypałam, czego efektem były wybuchy histerii podczas pobytu w Polsce. Nie będę do tego wracać. Grunt, że, tak jak Paryż flectuat nec megintur, ja także jestem w wodzie, lecz nie tonę. 

Z Polski wróciłam we wtorek o 9, poszłam spać, wstałam, zjadłam kisiel i wyruszyłam do pracy. Przez 2 godziny zdołałam przeczytać notatki z kursu "Język polski jako narzędzie tłumacza", których treść będzie inspiracją dla moich kolejnych zajęć. Mam już błogosławieństwo od p. Biniek, żeby objaśnić naszym uczniom zasady odmiany nazwisk. Nie mogę się doczekać, bo ortografię tłumaczyłam im zupełnie bez przekonania i z przeświadczeniem, że do nauki pisowni skuteczniejsze są metody behawioralne. Z nazwiskami jest zupełnie inaczej, bo mało kto je poprawnie odmienia i teoria społecznego uczenia się traci rację bytu. 

Niewiarygodne - słońce wychynęło zza chmur! Doskonały pretekst, żeby zakończyć wpis. 



czwartek, 27 listopada 2014

Châtelet? Chatêlet.

Z okazji dwudziestego dnia po zamieszczeniu ostatniego wpisu wypada chyba zaproponować kolejną porcję zwierzeń. 
Tak więc ostatecznie ani ja nie pojechałam na festiwal muzyki bretońskiej, ani Theo nie pojawił się na koncertach zespołu Chłopcy kontra Basia. Ja za to wybrałam się na ich występ w poniedziałek 17. 
Oj tak. 
Zabrałam dwóch kolegów. 
Oj tak. 
Zagrali nową piosenkę o Uli Somnambuli. 
Oj oj oj oj oj oj tak.
Bardzo byłam dumna. Po koncercie poszliśmy na jedzenie. 

W międzyczasie, tym cudownym międzyczasie, zostałam królową duszpasterstwa. A przynajmniej mojej grupy. Zabawne jest to, że jakoś bardzo się w to nie angażuję i spisałam od początku moją działaność na tym polu na straty i chyba dokładnie z tego wynika moje powodzenie. Taką zresztą filozofię wpaja mi od dawna moja Madre: Nie szukajcie, a znajdziecie. 
Królestwo moje jednak nie jest z tego świata. Królestwo moje nie ma nic wspólnego z lingwistyką. Zrzesza raczej umysły ścisłe, dlatego jakakolwiek uwaga na temat etymologii słów z Biblii robi na nim ogromne wrażenie. Wczoraj się mądrzyłam na temat Adama i Ewy, bo adamah to po hebrajsku ziemia i wszyscy zaczęli się zastanawiać, co oznacza w takim razie Ewa. A że bohaterka filmu, który tłumaczyłam nosiła imię będące pochodną imienia Ewa, Chaja, to znów mogłam zabłysnąć jak Gwiazda Betlejemska. Zdobyłam takie uznanie, że jak zaczynam mówić, to moje królestwo ucisza się nawzajem, żeby móc spijać każde słowo, które pochodzi z ust moich. Tak że koniec z moją pokorą. 
Jestem próżna przez ó kreskowane i ż z kropką. 
Inspiracje biblijne pochodzą z lektury wiadomości o zespole Kult, który ponoć na początku swej działalności również czerpał z Pisma, a że miałam przygotować o nich prezentację na zajęcia, to też sięgam ad fontes.

Wczoraj natomiast opuściła mnie moja Basiunia, którą wcześniej stosownie wymęczyłam. Mieszkałyśmy we dwie w malutkim pokoju, poszłyśmy na koncert, który okazał się być raczej lekturą bajek (dla Basi, która zna około 3 słów po francusku było to spełnienie marzeń), a na który poszłyśmy pieszo (5 km w jedną stronę) i uraczyłyśmy się 12 egzemplarzami churros, co skutkowało odruchem wymiotnym na zapach smażonych potraw. Pocieszam się, że jej następny pobyt może być tylko lepszy. Oraz, że dzięki mnie rozchodziła nowe buty. 
Nic nie było idealne i do ostatniego momentu miałam wrażenie, że Basia była zawiedziona pobytem w Paryżu, ale kiedy zobaczyłam, że wyciera łzy, jak zostawiałam ją w kolejce, wiedziałam, że czujemy to samo i że jej przyjazd był bardzo ważny bez względu na to, co zobaczyła, a czego nie zobaczyła.
A już jutro przylatuje nowa zmiana. Już są bardzo dokładne plany na ich pobyt, ale to jednak inni goście. Chcą tańczyć i wieść życie raczej nocne. Nic prostszego z Ulą Somnambulą, która zawarła znajomość z sąsiadem na drugim końcu miasta. Okazało się, że znajomy Kasi i Karima mieszka pod numerem 44 ulicy, na której ja zajmuję pokój mieszkania budynku numer 47 (tyle dopełnień, przepraszam). I jako że wybył do Barcelony, na piątkową noc lokuję u niego moich polskich braci. Jutro pójdziemy pewnie na targ bożonarodzeniowy, potem na drinka z Kasią i Karimem. Sobota rano - zajęcia w podstawówce, na których mam coraz większy flow i dobrze się składa, bo na najbliższe zajęcia p. Joanna przewidziała śpiewy. Na razie śpiewamy "Rolnika samego w dolinie", który wymaga wydobycia dwóch, w porywach do trzech, dźwięków, ale ze starszą grupą moja nauczycielka omawia Bogurodzicę, więc szykują się nowe wyzwania.. Może zasugeruję, żeby podciągnąć to pod folklor i wtedy już będę  w swoim żywiole. 
O, no i bym zapomniała o mojej machinie! Wygrałam maszynę do kawy za zakup 8 pudełek kapsułek, co jest dosć wygodne, bo i tak musiałabym się w nie zaopatrzyć. Dobrze się stało, bo ekspres przelewowy mi nie służył. Po pierwsze robiło mi się niedobrze po tej kawie, a po drugie ciężko się z niego korzystało na zmianę z właścicielką, która absolutnie nie toleruje dzielenia się dobrami i zamiast wypić moją kawę i zrobić nową do wspólnego użytku, wylewała moją porcję..
Skoro już mowa o kuchni, to stłukłam piękny litrowy kubek od koleżanki, ale stało się to w kulminacyjnym punkcie wszystkich tragedii, które na mnie spadły, więc nie miałam nawet siły na żałobę..
I tym dramatycznym akcentem zakończę relację z ostatnich 20 dni. Pewnie wiele pominęłam, ale pamięć bardzo okraja wspomnienia i doprowadza je do formy spójnego ciągu wydarzeń, żeby za bardzo nie niepokoić naszego umysłu przeszłością. 

piątek, 7 listopada 2014

Bachanalie

Nostalgia zainstalowała się w mej duszy.
Uszy. Wytężam uszy.
Lecz nikt nie woła.
Sytuacja niewesoła.
Sytuacja głucha zgoła.
Oła, o łagodny ścian kolorze
nuż ukoić mnie pomożesz.
Niewzruszony że aż szyderczy
uśmiech w kącie 
warg twych sterczy.
Czy to sprawka Dionizosa?
Nie mam do tych spraw ja nosa.
Nos zatkany, więc nie ceni
woni wina ni jesieni.
Nos samotny, więc sam chlipie
Właścicielka ledwo zipie.
Wino też wyparowało. 
Z weny nic się nie ostało.

Tak więc minęły ferie Wszystkich Świętych, ale ja nadal elegancko się obijam, bo dzisiaj odwołali mi zajęcia. Ale może mała retrospekcja.
Na koniec ferii pojechałam do mojej rodziny au pair do Bretanii. Znalazłam w tym celu kierowcę, któru również tam się wybierał. To znaczy do Rennes. Zupełnie przypadkiem najbardziej pasował mi 22-letni Theo. Zupełnie przypadkiem posadzono mnie z przodu koło kierowcy i zupełnie przypadkiem doskonale wyglądałam tego dnia (tylko z tym przypadkiem można polemizować). Całą drogą, rzecz jasna, przegadaliśmy. Theo bardzo chciał posłuchać Kapeli ze Wsi Warszawa, a ja zupełnym przypadkiem miałam ich 3 albumy na telefonie. Napomknęłam mu przy okazji o koncercie zespołu Chłopcy kontra Basia 16 listopada i prawdopodobnie się tam zobaczymy. On odwdzięczył się informacją o festiwalu tradycyjnej muzyki bretońskiej. Na pewno łatwo można sobie wyobrazić moje rozdarcie, spowodowane przyjazdem tego dnia mej uroczej cioteczki, a zatem koniecznością zorganizowania komitetu powitalnego. Ale zobaczymy, jak potoczy się moja znajomość z Theo. Być może 22 listopada nie będę o nim pamiętać. To zupełnie prawdopodobne zresztą. W każdym razie dotarliśmy po 4 godzinach podróży okraszonej doskonałym soundtrackiem do Rennes. Tam czekali na mnie mama Stephanie i cudowni Neo, Emma i Tevy. A propos komitetów powitalnych. Od razu ruzyliśmy do Lanester. Dzieciaki były trochę skonsternowane. Dwa lata wcześniej bardzo się lubiliśmy, ale dla Neo minęło pół życia od tamtej pory. Dlatego początek był ostrożny. Niesamowicie było przebyć drogę do Lanester. Ucziciwie mówiąc, rzadko wracałam myślami do tamtejszej scenerii. Rozpamiętywałam raczej chwile z dzieciakami, Steph, Ayą i całą rzeszą osób, która przewinęła się w ciągu tych dwóch miesięcy przez dom. Pobyt był zdominowany przez wydarzenia kulinarne. Funkcjonowałam 3 dni od posiłku do posiłku. Jak cała rodzina. W międzyczasie udało nam się spełnić moje marzenie, czyli odbyć spacer nad Oceanem.


Między posiłkami dzieciakom udało się też zaliczyć Halloween. Zgarnęły po torbie słodyczy, co skutkowało jakimś turbodoładowaniem na noc. Notabene dowiedziałam się, że Neo (lat 4) jest wielbicielem kawy i cydru. Lubi tez wszystko, co ma smak kawy. A, z tego, co pamiętam, nawet bez kawy wszystkich wykańczał. 
Wiem, że zaburzę teraz chronologię, ale to na rzecz pogrupowania tematycznego i sensownego układu zdjęć.
Po spacerze nad Ocean dzieciaki poszły na karuzelę. I w temacie dzieci jeszcze dodam, że wszyscy wokół albo są w ciąży albo już mają dzieci. Dziś przy śniadaniu dwuletni wnuczek właścicielki uważnie mi się przyglądał i nagle dostał czkawki. Przeuroczy widok. Zupełnie go to nie wytrąciło z równowagi i nie rozumiał, dlaczego moja twarz przybrała wyraz pełen troski. No cudny. Cudny. Jest taka piosenka o mnie :  https://www.youtube.com/watch?v=3xqWR5ZBxNA









W tym cudownym międzyczasie udało się Steph pójść jakieś 4 razy na zakupy. A że na wygnaniu złapałam syndrom biedaka, to aż mnie kłuło, jak podchodziliśmy do kasy. Inna sprawa, że pamiętam, co się dzieje z połową tych zakupów. Lądują w koszu. Inna sprawa, że całkiem nieźle wychodziłam na tych zakupach. Zawsze coś mi skapnęło. Z Bretanii wróciłam z dwoma opakowaniami karmelu z solonym masłem, dwiema puszkami napoju z grilowanego kokosa, dwoma opakowaniami suszonych śliwek kambodżańskich i cukierkami karmelowymi.. Bretończycy to potrafią człowieka wyprawić.. Już mam zaproszenie na kolejne odwiedziny. Od powrotu zdążyłam kupić bilety do Polski na dni 18.12-6.01. Boję się, że tylko teraz miałam taką chwilę tęsknoty i potem będę żałować, że wracam na 3 tygodnie i przegapiam Sylwestra w Paryżu, ale póki co strasznie się cieszę. Zdążyłam również zobaczyć się ze znajomymi z Polski. Przywieźli mi mój ukochany szalik, który podprowadziłam wcześniej cioteczce Basi. Zdążyłam również zaliczyć imprezę, zostać na niej samozwańcza królową parkietu, tu okolicy i opuścić klub jako jedna z ostatnich osób i poznać na koniec policjanta z Korsyki (i olśnić go moją urodą, zupełnie niewątpliwą po 6 godzinach tańca). Zdążyłam także dzisiaj nieudolnie popełnić tartę z cukinią i kozim serem, czym niezwykle ucieszyłam moją właścicielkę, która źle znosi zapach czosnku. Bo trzeba Wam wiedzieć, że głównym składnikiem tarty z cukinią i kozim serem jest dla mnie czosnek. Chyba 6 ząbków władowałam.. Na zdrowotność. 

A nie, sorry, nie jestem aż tak bezproduktywna. Zapisałam się na duszpasterstwo akademickie. I, o dziwo, nie czułam się wykluczona, jak to mam w zwyczaju przy francuskich katolikach. Jest jeszcze zatem cień szansy, że znajdę katolickiego męża, Mamo. Wręcz czułam się dobrze. Udzieliłam wręcz jednej błyskotliwej odpowiedzi. Tym razem to nie moja subiektywna ocena, tylko porównanie z odpowiedzią księdza, jest źródłem samozachwytu. Ale cóż. Mówiliśmy o Duchu Świętym, który to zajmował się niejako językami, więc moje rewiry. A tu mam całe mnóstwo refleksji o języku. Zasługują na osobnego bloga, ale znając moje uwielbienie do efekciarstwa, napisałabym jedno zdanie: "Nie zamierzam dać się zniewolić słowu" i porzuciła to zajęcie. Bo serio. Mam taki moment, że lepiej mi nie zadawać pytań. Utraciłam, może bezpowrotnie, umiejętność udzielania krótkich i precyzyjnych odpowiedzi (jeśli kiedykolwiek ten dar posiadałam). Na wszystko odpowiadam filozoficznie i na końcu języka mam to jedyne zdanie, które znalazłoby się w blogu poświęconym językowi.

Nie zamierzam dać się zniewolić słowu.

Słowa, słowa, słowa*




*znane również jako słoma, słoma, słoma

poniedziałek, 27 października 2014

A miało być tak pięknie..

No więc tak pięknie nie jest.
Po pierwsze okazało się, że Dominikanie potrzebują mnie, ano tak. Ale 7 listopada, po wakacjach. Zgoda. Tylko niech mi nie wmawiają, że taka wersja była od początku. Nie była, bo ja dokładnie pamiętam, kiedy mają nastąpić dni mojej chwały.
Po drugie w weekend zrobiłam długo oczekiwany kurs instruktora zumby. 
Tadam.
Ale, ale dowiedziałam się, że aby nauczać za pieniądze, muszę posiadać także carte professionnelle, której to wyrobienie zajmuje rok.. Ręce mi opadły, ale znów mój polski cwany umysł szybciutko podpowiedział, że może nie wszędzie o tym wiedzą, że może jak nie będę mieć stałej umowy, to mnie to nie dotyczy. A w najgorszym przypadku mogę się zapisać do członkostwa zin w ostatniej chwili przed upływem roku i dzięki temu nie będe musiała robić znów szkolenia. Dość szybko się otrząsnęłam w każdym razie.
Samo szkolenie było bardzo fajne. Prowadząca tańczyła wspaniale, chociaż polskiej inspiratorce mojego przedsięwzięcia też nic nie brakowało. W przerwie obiadowej wszyscy biegli do Mcdo po zestawy Maxi Best of Extra Large Hiper Super Mega Big Big Big, ale i tak nie jestem pewna, czy nadrabiałyśmy te kalorie.. 
Pierwszego dnia chciałam wrócić rowerem z Nanterre i musiałam przejść pieszo przez La Défense. Okropne miejsce, takie wykorzenione. Nawet nieliczne drzewa wyglądały jakby działały na prąd. Idealna sceneria dla "Nowego wspaniałego świata"..
Po trzecie byłam dziś na meczu Janowicza. W Paryżu rozgrywa się teraz turniej z serii Masters - BNP Paribas w Paris Bercy. Godzinę przed meczem mama zadzwoniła z Polski, żebym koniecznie poszła kibicować. Posłusznie, jak nie ja, poszłam. 

 Veni, vidi, z wygranej Janowicza nici.
6:7; 6:3; 6:4 chyba. Z jakimś kwalifikantem ze Stanów. Miałam nadzieję, że chociaż autograf zgarnę. Już nawet przemówienie szykowałam. W mojej głowie właściwie szłam już z Jerzym na kawę. Ale zgodnie z zasadą, według której scenariusz, który przeżyję w wyobraźni, się nie zrealizuje, scenariusz się nie zrealizował. No autograf. No Jerzy. No kawa. Jedynie dowiedziałam się, że o 16:30 pan Tomasz Berdi? Berdicz? Ja pani pokażę. Ach, Berdych! miał rozdawać autografy. Uznałam, że zamiast czekać godzinę, pojadę po moją kartę płatniczą. Piękna jest. I pusta. Piękna i pusta. Zupełnie jak ja!
Jestem na niej Mle. Bardzo mi się to nie podoba. Nie wiem, czemu służy zachowywanie tej formy. Nie istnieje analogiczna nazwa dla mężczyzny. Czuję, że mój bank chce mi zasygnalizować, że czas na ustatkowanie się i założenie rodziny. Wtedy zasłużę na godniejsze miano. 
W drodze do banku dostrzegłam tyle wspaniałych rzeczy, że wiedziałam, że trasa powrotna nie będzie prowadziła po linii prostej. Zahaczyłam o jakiś targ produktów handmade. Zahaczyłam o księgarnię, gdzie znalazłam książkę, o którą prosiła mnie koleżanka socjolingwistka. Tu trzeba przyznać, że szczęście się do mnie uśmiechnęło. Chwyciłam ostatni egzemplarz w 3 razy niższej cenie. Magda obiecała mnie za to wielbić. Zahaczyłam na koniec o Mcdo, żeby zrealizować kupon na cziza i żeby napisać Magdzie, że może zacząć mnie wielbić. Ach. Ach. Przecież jeszcze sklep z egzotycznymi produktami i mój nowy faworyt: sok z pieczonego kokosa. Wspaniały. Z kawałkami kokosa. Zlokalizowałam tam też sajgonki w dobrej cenie. Moj nowy Pomysł na Obiad!
No i przy temacie szczęścia nie sposób nie wspomnieć o moim nowym mieszkanku w 15. dzielnicy przy wieży Eiffela.

Cierpię jedynie, że nie mogę namierzyć odkurzacza, a niektóre pomieszczenia zdecydowanie domagają się jego interwencji. Prania dokonałam dzisiaj, ale moje mityczne zdolności techniczne musiały uznać klęskę w pojedynku z dvd.. Nie mam pojęcia, jak to się uruchamia..
Pięknie jest też dlatego, że nie czuję się bardzo samotna. Oczywiście chętnie bym się zobaczyła z rodziną, ale moi znajomi z Bretanii napisali mi, że mogę wpaść do nich, kiedy zechcę. Moja rodzina au pair zaprasza mnie na weekend albo jeśli chcę przyjechac wcześniej do Rennes, to mogę mieszkać z nimi w hotelu. Zaznaczam, że obie oferty zakładają pobyt nad Atlantykiem i wdychanie jodu zamiast spalin paryskich. Ale w Paryżu też mam parę opcji. Na ten przykład Leslie, znajoma pisarka (jak to brzmi) zaprasza na swój spektakl i na kawkę. 
Hajlajf, proszę Państwa, hajlajf!
A może jednak jest całkiem pięknie?

sobota, 18 października 2014

Paris est tout petit

Nadeszły upragnione i zasłużone wakacje z okazji, jak na laicki kraj przystało, Wszystkich Świętych. W zeszłym tygodniu postanowiłam trochę przejąć inicjatywę na zajęciach z licealistami i zaproponowałam, że przygotuję prezentację o Czesławie Miłoszu, którego fragment uczniowie omawiali. Na pytanie, czy ktoś coś o nim słyszał, w każdej grupie odpowiadałac mi głucha cisza i unikanie kontaktu wzrokowego. Wtedy, za każdym razem coraz mniej zaskoczona taką reakcją, przystępowałam do wyjaśnień. Kończyłam uwagą, że Miłosz tłumaczył Simone Weil, która przez 11 lat mieszkała na ulicy, na której mieści sie liceum. Żeby nie pozostawiać wątpliwości, dodawałam w odpowiedzi na wyczekujący wzrok moich uczniów: "To chyba tyle z mojej strony". I wtedy czasem ktoś podnosił rękę. Pełna nadziei udzielałam głosu śmiałkowi, żeby usłyszeć jedno z dwóch pytań, które nie powinny mnie dziwić po tylu latach w systemie edukacji: "Czy może Pani wrócić do pierwszego slajdu?" tudzież "Czy mogę wyjść do toalety?". Może za dużo nowych informacji, za mało punktów zaczepienia. Ale będę próbować. 
Lepsze to niż sprawdziany z ortografii na rz i ż. Zdecydowanym liderem klasyfikacji przyczyn wyrwanych włosów jest zapisanie tego samego wyrazu na dwa różne sposoby: najpierw "żeźbiarz", potem "rzeźbiaż".
W czwartek odbył się pokaz filmu "Ida" u Dominikanów. Po projekcji bracia zaprosili na bufet i udało mi się zostać gwiazdą stolika. Przyczyniły się do tego moje dwie właściwości: pochodzenie i kariera tłumaczki. Jedna z rozmówczyń przypomniała sobie, że była kiedyś na pielgrzymce w Częstochowie. Kiedy powiedziałam jej, że przeszła w takim razie 320 km wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. Po debacie podeszłam do jednego z braci, który wyznał, że dwa tygodnie wcześniej był w Krakowie (najwyraźniej wszystkie drogi prowadzą jednak do Polski) i spytałam, czy słyszał o o.Szustaku. Bardzo rozbawiony przytaknął i stwierdził, że to chyba jakaś wielka gwiazda, bo wszyscy mu o nim mówią. Nasłuchałam się od niego komplementów o moim akcencie. Że bezbłędny. Że by nie zgadł, że nie jestem Francuzką. Sam film był bardzo dobry, ale postać Idy niesamowicie mnie irytowała swoim nieprawdopodobieństwem psychologicznym. Dla mnie była po prostu zintegrowana na jakimś niskim poziomie, niczego nie podważała i jej temperament graniczył z autyzmem. 
Wczoraj ponowiłam wizytę u Dominikanów tym razem w celu czysto rozrywkowym. W piątki organizowane są bowiem wieczorki z alkoholem po 1,5 euro. Ale o tym zaraz. Wcześniej bowiem byłam umówiona z asystentką angielskiego na jedzenie. Poznałam ją zresztą dwa tygodnie wcześniej w cave 222 (piwnica klasztoru Dominikanów, gdzie odbywają się wieczorki). Tylko dzięki niej nie wyszłam wtedy po 5 minutach. No więc Josephine zaprosiła mnie na tartę z cukinią, pomidorkami i serem brie do siebie, do mieszkania w 2. dzielnicy. Bardzo fajna osoba. Tylko ja miałam wczoraj jakiś dzień gaduły i strasznie dużo paplałam. I w końcu Jospehine mnie spytała: "Ty jesteś ekstrawertyczką, nie?". Od tamtego momentu, mimo wielu zapewnień mojej znajomej Walijki, że bardzo lubi ekstrawertyków, starałam się panować nad sobą. 
Na wieczorku, na który dotarłyśmy z Josephine nieco spóźnione, poznałam dwie Polki ze staffu. Jedna przyjechała do Paryża trzy lata temu "za chłopakiem". Wspaniała historia. Ach, no i dostałam propozycję pracy za barem w przyszłym tygodniu. Czyli też będę staffem. Sława i pieniądze (gwoli ścislości, ani jedno, ani drugie). A poświęcenie jest ogromne, bo dzień później mam już warsztaty zumbowe o 9 rano..  
Z wieczorku wracałam dzielnie rowerem i w pewnym momencie zauważyłam chłopaka, którego poznałam na tańcach, a z którym miałam się spotkać, jak wróci z Hiszpanii. Francois pochodzi z Quebecu, jest doktorantem socjologii i wie, kim jest Chomsky. Od razu zyskał sobie miejsce w moim sercu. Niestety mój umysł stracił na lotności po północy i zanim pomyślałam, że mogłabym do niego podjechać, zdążył się sporo oddalić. Swoją drogą, niesamowite. Akurat wracał z lotniska, bo miał ze soba walizkę. Jaka jest szansa, żeby spotkać kogoś akurat w momencie powrotu z podróży? Paris est tout petit.. a jak dotarłam do mieszkania, to widzę wiadomość od niego: "wracamy około północy z kolegą, chcemy gdzieś wyjść, masz ochotę dołączyć?". Cóż, odpisałam, że wróciłam do siebie i ustaliliśmy, że mamy się zobaczyć w niedzielę...

czwartek, 9 października 2014

Koncert

Tak. Już zdążyłam wygrać bilety na koncert Paris Combo. Wystarczyło napisać do nich maila z nazwiskiem i dopiskiem "Noisy" (od nazwy miejscowości, w której miał odbyć się koncert). Nie wierzyłam zbytnio w swoje szanse, ale wykorzystałam "to, co mama w genach dała". Nie, nie donatańskie kształty. Mózg. 
Do wiadomości dołączyłam nagranie z moim wykonaniem jednej z ich piosenek (jedyny ślad mojej działalności na youtube'ie) i sukces! 
Tuż przed koncertem zaczęły mną targać iście szekspirowskie wątpliwości. 
Iść czy nie iść? 
To jednak przedmieścia. 
Te najgroźniejsze. 
Te, gdzie to biały jest przybyszem. 
Te, gdzie w nocy tylko biel zębów odcina się od ogólnej ciemności i informuje o obecności człowieka. 
Ci, którzy znają mój rozsądek i znają historię, jak wracałam z 7 nieznanymi Białorusinami z Krakowa, wiedzą, jak postąpiłam. Reszta w zasadzie też, bo nie nadawałabym wpisowi tytułu "koncert", gdybym na niego nie dotarła.
I dotarłam. 
I było warto. 
Do sali teatralnej wprowadziła mnie pani z obsługi. I trafiłam na jeden z najlepszych koncertów, na jakich byłam do tej pory. A był to support. Klo Pelgag. Piosenkarka przy pianinie i kontrabasista. Ten drugi miał na sobie czepek pływacki i okulary z migoczącymi oprawkami. Na szczycie instrumentu zawiesił maskę Baby Jagi i co jakiś czas robił sztuczki magiczne. Bardzo charyzmatyczne duo z Quebecu. 
Paris Combo miało ułatwione zadanie, chociaż średnia wieku na sali wynosiła ok. 60 lat i nikt się specjalnie nie rwał do tańca. Ja usiadłam w pierwszym rzędzie i jakoś głupio mi było zainicjować dansing, ale grali naprawdę wspaniale. 
Po koncercie, dzielnie ignorując głosy w mojej głowie wyrażające troskę o moj asystencki budżet, kupiłam płytę Klo i wywalczyłam (walka była zacięta - rozcięty łuk brwiowy, złamany nos, etc.) autograf tej cudnej Kanadyjki.

Homo aviator

Niedawno otrzymałam wsparcie od policji francuskiej. Zdarzenie miało wymiar wysoce symboliczny. Zamiast od razu przy wypożyczaniu ustawiać siodełko roweru, mam irytujący zwyczaj zajmowania się tym dopiero na pierwszych światłach, które zatrzymają moją dziką szarżę. Tu dodam gwoli ścisłości, że ową szarżę zwykle powstrzymuje dopiero widok przerażonego przechodnia albo wizja zbliżającego się wypadku. W innym razie czerwony człowieczek nie robi na mnie wielkiego wrażenia. I właśnie w trakcie miotania się przy regulacji wysięgnika, kątem oka zobaczyłam na kierownicy rękę chroniącą mój rower (i mnie?) przed upadkiem (moralnym?). Tak! Dziś poczułam się bezpiecznie dzięki niebieskim panom, którym tutaj przypadła inna zwierzęca metafora niż u nas. Nie psy, a kurczaki. Przystojny policjant sam z siebie podszedł do mnie i nadał równowagę mojemu rowerowi. Na pytający wzrok kolegi odparł, że pani nie mogła sobie poradzić z siodełkiem. 
No nie mogła. Nie mogła. Zupełnie nieporadne stworzenie z tej pani.


Co do roweru, to jest na razie moim najwierniejszym towarzyszem. Jesteśmy sobie bardzo lojalni, ale w zasadzie ja mam w tym większy interes. Nie wiem, z czego to wynika, ale złapała mnie jakaś niesamowita gastrofaza paryska i mój obecnie całkiem zgrabny kształt jest zagrożony. I właśnie velibom przypadnie rola oddalania widma nadwagi. Na razie współpraca układa się doskonale. Wczoraj walczyliśmy z deszczem i wyszliśmy z tego boju zwycięsko

A dziś deszcz, nad podziw pokornie po przegranej walce, ustąpił miejsca słońcu. Ze słońcem wojować nie planujemy.  

Trust me, I'm an assistant

Po 3-godzinnym kursie, na którym zapoznałam się z zestawem około stu osiemnastu akronimów niezbędnym do funkcjonowania we Francji jako obcokrajowiec, uległam propozycji wspólnego jedzenia pewnej Amerykance. Biedna Allison musiała wcześniej wysłuchać paplaniny o deklinacji i podmiocie domyślnym w polskim, po tym, jak zadała niewinne pytanie o języki obce, którymi władam, ale najwidoczniej jej to nie zraziło. Zgodnie z moją naturą postąpiłam zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, który nakazywał w tamtej chwili zignorować głód i pędzić na spotkanie. Na szczęście wbrew swojej naturze w ostatniej chwili wybrałam z menu tybetańskiej restauracji jedynie herbatę z solonym masłem. No, pozostawię rozkosz wyobrażenia sobie wrażeń smakowych czytelnikowi. Zapewnię za to wzrokowe.

 Allison postawiła na menu du jour i jej mina w trakcie jedzenia wskazywała, że to był dobry wybór. Niestety musiałam ją zostawić wpół do trzeciego pierożka nadziewanego serem i warzywami.

Przejazd do mojej szkoły podstawowej okraszony kilkoma wymianami zdań z osobami, których paryskość wzbudzała najmniej wątpliwości i w związku z tym, mającymi wszelkie predyspozycje, aby pokierować zagubioną asystentkę na dobrą drogę.
15 minut obsuwy.
Pani Joanna, mimo to, przywitała mnie entuzjastycznie. W ogóle bardzo entuzjastyczna kobieta o urodzie zupełnie niezdradzającej polskich korzeni. Zaryzykowałam pytanie: kto się uczy polskiego? - najczęściej dzieci mieszanych rodziców. Przede mną siedziała definicja ostensywna tej odpowiedzi, lat sześć. Ewa Trouillet. Dzielnie wykonywała swoje zadanie z użyciem kredek w nienaturalnych warunkach opustoszałej klasy, w której przewagę liczebną nad uczniami mieli nauczyciele.
Dowiedziałam się, że z nauką polskiego wiąże się pewne ryzyko zawodowe. Pani Joanna musi czasem wcielić się w Ewę Drzyzgę. Przychodzą do mnie w wieku 40 lat i mówią: mama mnie nie kocha, bo mnie nie uczyła polskiego, a moja własna córka ma do mnie pretensje, że nie uczyłam jej historii Polski. W ogóle polskość to ciekawa kwestia w tym środowisku. Wczoraj widziałam u jednej z dziewcząt naszywkę na plecaku z napisem „Polska”, a jednak „Polacy” to dla większości „oni” albo „wy”. I tak: haha, mamy więcej wolnego niż wy. Zamierzam poddać ich poczucie tożsamości wnikliwej obserwacji. Nauczycielka z liceum ochoczo i z widoczną ulgą zgodziła się na moją inicjatywę tworzenia prezentacji multimedialnych o autorach tekstów, które omawia. Teraz będzie Miłosz, a tak się składa, że szkoła znajduje się na ulicy, na której przez 11 lat mieszkała Simone Weil, 

której książki nasz noblista tłumaczył na polski.
/ Zdanie potrójnie złożone, czapki z głów! /
Jestem pełna zapału do mojej inicjatywy, jak zwykle. Jak zwykle ów zapał opadnie po konfrontacji z ogromem źródeł, jakie przyjdzie mi skonsultować. 
Tu skończę, bo słowa "źródło" i "skonsultować" wywołały we mnie poczucie winy związane z niedomkniętym licencjatem. Załączam za to zdjęcie z sobotniego poranka. 
Widok, który zastałam, przyjechawszy na miejsce pracy.