Wczoraj znalazłam się na ceremonii rozdania dyplomów inżynierskich w Folies Bergeres. Zbytnio się tam nie odnalazłam. Zupełnie nie rozumiałam elegii na cześć postępu i innowacji, więc skupiłam się na formie, czyli analizowałam figury stylistyczne w przemówieniach kolejnych mówców. Wszystkie tyrady cechowały się uwielbieniem do redundancji. Jednocześnie zastanawiałam sie, jakby to wyglądało u nas, na kierunku humanistycznym. W sumie w ciągu tych 3 lat nie dość, że nigdy nie miała miejsce żadna oficjalna uroczystość (no poza wigilią, którą duma kazała mi omijać, przez to, że nigdy nikomu nie przyszło do głowy, żeby to mnie zaproponować czytanie Biblii po francusku), to nie mam chyba ani pół zdjęcia z jakiejkolwiek imprezy z ludźmi ze studiów. W przeciwieństwie do nas, świeżo uhonorowani inżynierowie bawili się najwyraźniej doskonale. Świadczyły o tym zdjęcia z licznych prezentacji multimedialnych. Zabawne, że tak kiepsko wymierzyli ekran, że połowa napisów była ucięta. Inżyniery.. Po 3 godzinach w amfiteatrze na wszystkich czekał szampan i petits fours, które zaliczę w potężny już poczet elementów kultury francuskiej nie zasługujących na własną nazwę, a jednak ją posiadających. Poznałam przy okazji mamę Badisa (a tak! to dzięki niemu się tam znalazłam), która pełnym wzruszenia głosem na przemian dziękowała i gratulowała swojemu synowi tytułu. Potem zachwycała się mną i powtarzała, że Badis bez przerwy coś o mnie opowiada. Wyrażała zarazem zmartwienie, że jej jednorodzony syn chce się ulotnić do Polski, jak tylko nadarzy mu się okazja. I na koniec zaprosiła mnie na kuskus któregoś dnia. Musiała wcześniej wyjść, bo nazajutrz musiała wstać do pracy o 5 rano. My z Badisem zostaliśmy i rozpoczęliśmy rundkę po znajomych. Niektórych poznałam wcześniej. Niektórych dopiero przy okazji ceremonii. Znów refleksja, że rytuały konwersacyjne i w ogóle konwenanse francuskie są idiotyczne, uderzyła mnie prosto w twarz. Osoby, z którymi rozmawiałam całkiem miło, uciekały ode mnie przy pierwszej nadarzającej się okazji, czyli jak jakiś znajomy pojawił się w okolicy. Bez "przepraszam". Bez jakiegoś podsumowującego uśmiechu. Za to z wyrazem ulgi na twarzy.
Ale na powitanie trzeba się było pocałować w oba policzki z zupełnie obcymi osobami. I też od razu wiedziałam, że zgodnie z wszelką logiką, na pożegnanie nie będzie to już konieczne, mimo że nasza znajomość będzie dłuższa, jakkolwiek absurdalnie krótkie obie długości by nie były. Ale "ca va" to się trzeba było wymienić. Tak jakby kogoś interesowała odpowiedź na to pytanie. I jakbyśmy wszyscy nie wiedzieli, że nawet w dniu śmierci własnej matki, musimy odpowiedzieć zupełnie neutralnym tonem, że "parfait".
Ach te gry społeczne.. Ach te puste foremki... Ah, les beaux jours w Paryżu..
Na szczęście Badis mężnie opiekował się moim kieliszkiem i te refleksje jedynie przemykały mi przez głowę zbyt szybko, żeby zmącić mój dobry nastrój.
Po ceremonii udaliśmy się na pizzę do koszernej knajpy, bo Badis stwierdził, że nie można pozwolić, żeby strach nami rządził. Poopowiadał mi o swoim nowym polskim obiekcie westchnień o imieniu Judyta. Tu przypomniała nam się wystawa inspirowana twórczością de Sade'a, na której było sporo reprezentacji biblinej Judyty, która pozbawia głowy Holofernesa i która to wystawa skutkowała dla mnie załamaniem nerwowym na niedzielę. Niestety właściciele knajpy zaczęli wysyłać werbalne i niewerbalne sygnały, że będą zamykać. I wtedy nastąpiło zwieńczenie wieczoru: okazało się, że Badis nie pamięta, gdzie zostawił samochód. Przez pierwszą godzinę poszukiwań, jak jeszcze miałam alkohol w krwiobiegu, było mi zupełnie ciepło i wciąż się śmiałam. W efekcie przegapiłam ostatnie metro, w które wcześniej nie zamierzałam wsiadać, przekonana, że wrócę samochodem z Badisem. No i tak do 2:47, kiedy to wsiadłam w autobus nocny, pojazd się nie odnalazł. Wróciłam do siebie ze zdrętwiałymi z zimna dłońmi i patrzę, a tu zapalone światła w mieszkaniu. Weszłam. A to malutka Jeanne w ramionach swojej babci kategorycznie odmawiała dostosowania się do godzin snu panujących w świecie dorosłych. Śliczna śliczna dziewczynka. Przyjrzała mi się uważnie i uśmiechnęła porozumiewawczo, jakby chciała powiedzieć: "a co będziemy tam spać w nocy, nie?". Trochę jeszcze popłakała i natychmiast usnęła. Uroiłam sobie w głowie, że czekała na mnie, bo wiedziała, że nie wstanę przed jej wyprowadzką nazajutrz. W międzyczasie przypomniałam sobie, że św. Antoni zawsze mi pomaga odnaleźć zagubione przedmioty, więc szybko poprosiłam go, żeby pomógł Badisowi i po 5 minutach dostałam telefon, że samochód o poetyckim kolorze nieba (bleu ciel) cały czas czekał na swojego właściciela tam, gdzie ten ostatni go zostawił.
O 3:40 beztrosko mogłam się położyć spać.
wtorek, 27 stycznia 2015
niedziela, 25 stycznia 2015
Lewicowy manifest
W następstwie pozytywnie rozpatrzonego wniosku Elżbiety Szymankiewicz o zamieszczenie wpisu, który całkowicie zaburzy logikę, chronologię i charakter prowadzonego przez jedną trzecią jej potomstwa bloga, zamieszczam wpis, który całkowicie zaburzy logikę, chronologię i charakter prowadzonego przez jedną trzecią jej potomstwa bloga:
1 maja 2014r. o godzinie 10:58 nastąpiło wykorzenienie.
ŁUBUDU BUM BUM GRUCH.
-Było chore, nic by już nie urodziło.
-Babciu, to się nazywa eugenika.
-Ale nic by już z niej nie było.
-Powiedz, Basia, Krzysztofowi, że dżemu ze śliwek nie będzie.
Ciocia i babcia wyrwały śliwkę. Twierdzą, że spróchniała i że nic by już dobrego z niej nie było, a ponadto zasłania piękne, rosłe i pełne potencjału choinki.
Ciocia i babcia wyrwały śliwkę. Posłużyły się w tym celu siekierą, motyką i łopatą. Bezlitośnie odrąbały jedyną łączność drzewa z życiodajnymi składnikami, odłączyły mu kroplówkę.
Ciocia i babcia wyrwały śliwkę. Wywiozły jej członki na taczce pod rów. Tam poległa, na cmentarzysku niewydajności i bezpłodności.
-Babciu, co to jest?
-Takie podskórne wylewy. Do niczego się nie nadaję.
Babciu, co my z Tobą zrobimy?
Paris est vraiment minuscule
Myślę, że to dobry moment, ażeby po raz kolejny dokonać legitymizacji tytułu niniejszego bloga - "Paryż jest wielki jak chusteczka do nosa".
Jest tak ogromny, że mój sąsiad z naprzeciwka pierwszego dnia po powrocie z miesięcznego pobytu w Tajlandii napotkał w metrze dziewczynę z potężną walizką. Zaproponował niebodze* pomoc we wnoszeniu dobytku po schodach. Dziewczyna, po krótkiej rozmowie, okazała się być nowo przybyłą do Paryża Polką. Na tę wiadomość mój sąsiad oznajmił, że okolicę zamieszkuje, według jego wiedzy, jeszcze co najmniej jedna Polka, która nieznośnie narzeka i może jej, jako owej Polki rodaczce, uda się coś z tym zrobić. Nastąpiła wymiana adresów mailowych. Zied wyekspediował wiadomości do nas obu. Jak tylko ją przeczytałam, wrzuciłam adres Ani do wyszukiwarki na facebooku i okazało się, że jest to bardzo dobra koleżanka mojej przyjaciółki od lat przedszkolnych, Karoliny. Znałam Anię. Z opowieści. Natychmiast zredagowałam pełnego niedowierzania maila. Ania odpowiedziała mi tym samym. Ustaliłyśmy, że musimy się spotkać. Od tamtej pory widziałyśmy się już trzy razy. Dostrzegam w Ani dużo podobieństw do Karoliny. Nie dziwi mnie, że się świetnie dogadują.
A ja cieszę się, bo mam w niej cząstkę mojej przyjaciółki, która aktualnie podbija Anglię.
*nieboga, z jidysz, nie ma etymologicznie nic wspólnego z brakiem Boga, aczkolwiek poglądy Ani czynią to słowo wieloznacznym.
Weekend także spędziłam w środowisku polskim. Właściwie wśród polskiej inteligencji, jak za emigracji w czasie stanu wojennego. To stwierdzenie zyskuje na adekwatności przez fakt, że mieszkanie, w którym się znalazłam w niedzielę, było redakcją pisma redagowanego w latach osiemdziesiątych.
Ale najpierw w sobotę byłam świadkiem obrony doktoratu nauczycielki, której asystuję co sobotni poranek w podstawówce. Zatem pierwsze nasze spotkanie tego dnia miało miejsce w pracy. Joanna powitała mnie, jak to leży w jej naturze, z ogromnym entuzjazmem i z otwartymi w staropolskim geście gościnności ramionami. Tym razem ten gest miał również wyeksponować odświętny strój, jaki musiała na tę okazję przywdziać. Pomyślałam wtedy, że dla osoby tak skupionej na treści jak Joanna, konieczność zachowania formy musi być koszmarem. A to był pierwszy raz, kiedy ją widziałam w czymś innym niż spodnie. Tak czy inaczej nie wywołało to zamieszek w klasie. Jedynie nasz uroczy Anatol zajmował się więcej niż zwykle uprawianiem sztuki w zeszycie i nie zawsze był w stanie odmienić czasowniki modalne, które stanowiły główny temat zajęć. Z drugiej strony nic dziwnego. "Musieć" w pierwszej osobie liczby pojedynczej MUSI być dla niego jednym z najmniej ulubionych wyrazów w tym wieku. No może jeszcze moje dziewczyny jako pierwszy zawód, który im przyszedł do głowy wymieniły pasterza. Ale jakoś dobrnęliśmy do końca. Po lekcji poszłyśmy z Joanną się posilić do knajpy afgańskiej. Wysłuchałam kilku wspaniałych historii, takich z serii "kiedyś to były czasy" i razem obrałyśmy kierunek na Sorbonę. Przed budynkiem czekała rodzina i przyjaciele doktorantki. Od wszystkich biła jakaś ogromna życzliwość. Weszliśmy do środka. Rozsiedliśmy się po amfiteatrze. Członkowie jury zajęli miejsca przy stole na środku, a Joannie przysługiwało to naprzeciwko nich. Wszystko trwało cztery godziny, a z każda minutą gęstniała gestykulacja i wzrastała pewność w głosie Joanny, która musiała odpierać ataki o zróżnicowanym stopniu absurdalności. Po czterech godzinach zostaliśmy wygonieni z sali, żeby umożliwić naradę członkom jury, które ustaliło ostatecznie, że tytuł doktora się Joannie należy, i to z mention très honnorable (najwyższa ocena). Wystrzeliły korki od szampana, kobiety zaczęły defilować z tacami gęstymi od przystawek, rozpoczęło się radosne trajkotanie gratulacyjne. Wyszliśmy stamtąd około 19 i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę napełnieni dumą, że nasza polska Joanna podbija Sorbonę.
Niedzielę natomiast spędziłam u wujostwa, którzy swoje tytuły naukowe zdobyli lata temu. Moja nowa Ciocia Hélène przygotowała wspaniałą ucztę. Doszłam do wniosku, że francuska kuchnia na stole, przy którym panuje polska atmosfera to idealna sytuacja. Mój nowy Wujek Andrzej między opowieściami o swojej przeszłości i o teoriach lingwistycznych zaprezentował mi tryptyk z wieżą Babel namalowany na sposób ludowy. Świetna sprawa, doznałam chwilowego zaspokojenia potrzeb estetycznych w tym paskudnym mieście.
Tak sobie myślę, że to zabawne, że moi wujostwo profesorostwo są dla mnie członkami rodziny i funkcjonujemy werbalnie i niewerbalnie w tym kontekście.
W końcu Ciocia była promotorką moich obydwu nauczycielek (tej z liceum i Joanny), a Wujek prowadził seminarium na japonistyce, na które chodziła moja cudowna nauczycielka francuskiego z Lelewela.. Wszyscy moi znajomi Polacy z tego pokolenia, którzy mieszkali lub mieszkają w Paryżu, znają się.. A teraz widziałam, że znajomy producent filmowy zna dobrze syna moich wujostwa..
Na kolacji poznałam jeszcze brata Wujka Andrzeja, Leszka, jego żonę, Veronique i ich dzieci: Ewunię i Michela.
Z uczty musiałam się urwać przed 18:30, żeby zdążyć na Mszę. Zdążyłam, ale nic do mnie z Niej nie dotarło, bo myślami byłam w 12 arr.
Więcej grzechów nie pamiętam, więc nie wiem, czy za nie żałuję.
Jest tak ogromny, że mój sąsiad z naprzeciwka pierwszego dnia po powrocie z miesięcznego pobytu w Tajlandii napotkał w metrze dziewczynę z potężną walizką. Zaproponował niebodze* pomoc we wnoszeniu dobytku po schodach. Dziewczyna, po krótkiej rozmowie, okazała się być nowo przybyłą do Paryża Polką. Na tę wiadomość mój sąsiad oznajmił, że okolicę zamieszkuje, według jego wiedzy, jeszcze co najmniej jedna Polka, która nieznośnie narzeka i może jej, jako owej Polki rodaczce, uda się coś z tym zrobić. Nastąpiła wymiana adresów mailowych. Zied wyekspediował wiadomości do nas obu. Jak tylko ją przeczytałam, wrzuciłam adres Ani do wyszukiwarki na facebooku i okazało się, że jest to bardzo dobra koleżanka mojej przyjaciółki od lat przedszkolnych, Karoliny. Znałam Anię. Z opowieści. Natychmiast zredagowałam pełnego niedowierzania maila. Ania odpowiedziała mi tym samym. Ustaliłyśmy, że musimy się spotkać. Od tamtej pory widziałyśmy się już trzy razy. Dostrzegam w Ani dużo podobieństw do Karoliny. Nie dziwi mnie, że się świetnie dogadują.
A ja cieszę się, bo mam w niej cząstkę mojej przyjaciółki, która aktualnie podbija Anglię.
*nieboga, z jidysz, nie ma etymologicznie nic wspólnego z brakiem Boga, aczkolwiek poglądy Ani czynią to słowo wieloznacznym.
Weekend także spędziłam w środowisku polskim. Właściwie wśród polskiej inteligencji, jak za emigracji w czasie stanu wojennego. To stwierdzenie zyskuje na adekwatności przez fakt, że mieszkanie, w którym się znalazłam w niedzielę, było redakcją pisma redagowanego w latach osiemdziesiątych.
Ale najpierw w sobotę byłam świadkiem obrony doktoratu nauczycielki, której asystuję co sobotni poranek w podstawówce. Zatem pierwsze nasze spotkanie tego dnia miało miejsce w pracy. Joanna powitała mnie, jak to leży w jej naturze, z ogromnym entuzjazmem i z otwartymi w staropolskim geście gościnności ramionami. Tym razem ten gest miał również wyeksponować odświętny strój, jaki musiała na tę okazję przywdziać. Pomyślałam wtedy, że dla osoby tak skupionej na treści jak Joanna, konieczność zachowania formy musi być koszmarem. A to był pierwszy raz, kiedy ją widziałam w czymś innym niż spodnie. Tak czy inaczej nie wywołało to zamieszek w klasie. Jedynie nasz uroczy Anatol zajmował się więcej niż zwykle uprawianiem sztuki w zeszycie i nie zawsze był w stanie odmienić czasowniki modalne, które stanowiły główny temat zajęć. Z drugiej strony nic dziwnego. "Musieć" w pierwszej osobie liczby pojedynczej MUSI być dla niego jednym z najmniej ulubionych wyrazów w tym wieku. No może jeszcze moje dziewczyny jako pierwszy zawód, który im przyszedł do głowy wymieniły pasterza. Ale jakoś dobrnęliśmy do końca. Po lekcji poszłyśmy z Joanną się posilić do knajpy afgańskiej. Wysłuchałam kilku wspaniałych historii, takich z serii "kiedyś to były czasy" i razem obrałyśmy kierunek na Sorbonę. Przed budynkiem czekała rodzina i przyjaciele doktorantki. Od wszystkich biła jakaś ogromna życzliwość. Weszliśmy do środka. Rozsiedliśmy się po amfiteatrze. Członkowie jury zajęli miejsca przy stole na środku, a Joannie przysługiwało to naprzeciwko nich. Wszystko trwało cztery godziny, a z każda minutą gęstniała gestykulacja i wzrastała pewność w głosie Joanny, która musiała odpierać ataki o zróżnicowanym stopniu absurdalności. Po czterech godzinach zostaliśmy wygonieni z sali, żeby umożliwić naradę członkom jury, które ustaliło ostatecznie, że tytuł doktora się Joannie należy, i to z mention très honnorable (najwyższa ocena). Wystrzeliły korki od szampana, kobiety zaczęły defilować z tacami gęstymi od przystawek, rozpoczęło się radosne trajkotanie gratulacyjne. Wyszliśmy stamtąd około 19 i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę napełnieni dumą, że nasza polska Joanna podbija Sorbonę.
Niedzielę natomiast spędziłam u wujostwa, którzy swoje tytuły naukowe zdobyli lata temu. Moja nowa Ciocia Hélène przygotowała wspaniałą ucztę. Doszłam do wniosku, że francuska kuchnia na stole, przy którym panuje polska atmosfera to idealna sytuacja. Mój nowy Wujek Andrzej między opowieściami o swojej przeszłości i o teoriach lingwistycznych zaprezentował mi tryptyk z wieżą Babel namalowany na sposób ludowy. Świetna sprawa, doznałam chwilowego zaspokojenia potrzeb estetycznych w tym paskudnym mieście.
Tak sobie myślę, że to zabawne, że moi wujostwo profesorostwo są dla mnie członkami rodziny i funkcjonujemy werbalnie i niewerbalnie w tym kontekście.
W końcu Ciocia była promotorką moich obydwu nauczycielek (tej z liceum i Joanny), a Wujek prowadził seminarium na japonistyce, na które chodziła moja cudowna nauczycielka francuskiego z Lelewela.. Wszyscy moi znajomi Polacy z tego pokolenia, którzy mieszkali lub mieszkają w Paryżu, znają się.. A teraz widziałam, że znajomy producent filmowy zna dobrze syna moich wujostwa..
Na kolacji poznałam jeszcze brata Wujka Andrzeja, Leszka, jego żonę, Veronique i ich dzieci: Ewunię i Michela.
Z uczty musiałam się urwać przed 18:30, żeby zdążyć na Mszę. Zdążyłam, ale nic do mnie z Niej nie dotarło, bo myślami byłam w 12 arr.
Więcej grzechów nie pamiętam, więc nie wiem, czy za nie żałuję.
czwartek, 8 stycznia 2015
2015, l'Haim!
Za świętości naszych nieposzanowanie.
Za nieprzedstawialnego przedstawianie.
Za to będziemy siać strach.
Za mach.
Paryż powitał mnie ulewnym deszczem i wieściami o zamachu na redakcję satyrycznego pisma z bilansem 12 ofiar śmiertelnych. Wczoraj zmarł też Tadeusz Konwicki.
Życie, kocham cię nad życie! Chociaż "trzeba umieć umrzeć, by żyć" i "kto będzie chciał zachować życie, straci je". To całkiem adekwatne w kontekście ludzi, którzy zginęli za to, że robili ryzykowne rzeczy. Żyli, ale nie trzymali się kurczowo masztu.
A propos życia, wczoraj spędziłam 4 godziny na przeglądaniu śpiewnika kolęd regionalnych i uderzyło mnie, że słowo "żywot" jest właściwie synonimem słowa "łono" ("owoc żywota Twojego, Jezus"). I znów naszła mnie konkluzja, że dawanie życia to domena kobiet, a domeną mężczyzn jest permanentna gotowość do oddawania życia. Dlatego ci ostatni muszą być bardzo przekonani o słuszności swojej decyzji i za ważną w swoich oczach sprawę być w stanie umrzeć.
Jeśli chodzi o moje życie, to okres przed Bożym Narodzeniem był jakimś koszmarem. Zupełnie się posypałam, czego efektem były wybuchy histerii podczas pobytu w Polsce. Nie będę do tego wracać. Grunt, że, tak jak Paryż flectuat nec megintur, ja także jestem w wodzie, lecz nie tonę.
Z Polski wróciłam we wtorek o 9, poszłam spać, wstałam, zjadłam kisiel i wyruszyłam do pracy. Przez 2 godziny zdołałam przeczytać notatki z kursu "Język polski jako narzędzie tłumacza", których treść będzie inspiracją dla moich kolejnych zajęć. Mam już błogosławieństwo od p. Biniek, żeby objaśnić naszym uczniom zasady odmiany nazwisk. Nie mogę się doczekać, bo ortografię tłumaczyłam im zupełnie bez przekonania i z przeświadczeniem, że do nauki pisowni skuteczniejsze są metody behawioralne. Z nazwiskami jest zupełnie inaczej, bo mało kto je poprawnie odmienia i teoria społecznego uczenia się traci rację bytu.
Niewiarygodne - słońce wychynęło zza chmur! Doskonały pretekst, żeby zakończyć wpis.
Za nieprzedstawialnego przedstawianie.
Za to będziemy siać strach.
Za mach.
Paryż powitał mnie ulewnym deszczem i wieściami o zamachu na redakcję satyrycznego pisma z bilansem 12 ofiar śmiertelnych. Wczoraj zmarł też Tadeusz Konwicki.
Życie, kocham cię nad życie! Chociaż "trzeba umieć umrzeć, by żyć" i "kto będzie chciał zachować życie, straci je". To całkiem adekwatne w kontekście ludzi, którzy zginęli za to, że robili ryzykowne rzeczy. Żyli, ale nie trzymali się kurczowo masztu.
A propos życia, wczoraj spędziłam 4 godziny na przeglądaniu śpiewnika kolęd regionalnych i uderzyło mnie, że słowo "żywot" jest właściwie synonimem słowa "łono" ("owoc żywota Twojego, Jezus"). I znów naszła mnie konkluzja, że dawanie życia to domena kobiet, a domeną mężczyzn jest permanentna gotowość do oddawania życia. Dlatego ci ostatni muszą być bardzo przekonani o słuszności swojej decyzji i za ważną w swoich oczach sprawę być w stanie umrzeć.
Jeśli chodzi o moje życie, to okres przed Bożym Narodzeniem był jakimś koszmarem. Zupełnie się posypałam, czego efektem były wybuchy histerii podczas pobytu w Polsce. Nie będę do tego wracać. Grunt, że, tak jak Paryż flectuat nec megintur, ja także jestem w wodzie, lecz nie tonę.
Z Polski wróciłam we wtorek o 9, poszłam spać, wstałam, zjadłam kisiel i wyruszyłam do pracy. Przez 2 godziny zdołałam przeczytać notatki z kursu "Język polski jako narzędzie tłumacza", których treść będzie inspiracją dla moich kolejnych zajęć. Mam już błogosławieństwo od p. Biniek, żeby objaśnić naszym uczniom zasady odmiany nazwisk. Nie mogę się doczekać, bo ortografię tłumaczyłam im zupełnie bez przekonania i z przeświadczeniem, że do nauki pisowni skuteczniejsze są metody behawioralne. Z nazwiskami jest zupełnie inaczej, bo mało kto je poprawnie odmienia i teoria społecznego uczenia się traci rację bytu.
Niewiarygodne - słońce wychynęło zza chmur! Doskonały pretekst, żeby zakończyć wpis.
czwartek, 27 listopada 2014
Châtelet? Chatêlet.
Z okazji dwudziestego dnia po zamieszczeniu ostatniego wpisu wypada chyba zaproponować kolejną porcję zwierzeń.
Tak więc ostatecznie ani ja nie pojechałam na festiwal muzyki bretońskiej, ani Theo nie pojawił się na koncertach zespołu Chłopcy kontra Basia. Ja za to wybrałam się na ich występ w poniedziałek 17.
Oj tak.
Zabrałam dwóch kolegów.
Oj tak.
Zagrali nową piosenkę o Uli Somnambuli.
Oj oj oj oj oj oj tak.
Bardzo byłam dumna. Po koncercie poszliśmy na jedzenie.
W międzyczasie, tym cudownym międzyczasie, zostałam królową duszpasterstwa. A przynajmniej mojej grupy. Zabawne jest to, że jakoś bardzo się w to nie angażuję i spisałam od początku moją działaność na tym polu na straty i chyba dokładnie z tego wynika moje powodzenie. Taką zresztą filozofię wpaja mi od dawna moja Madre: Nie szukajcie, a znajdziecie.
Królestwo moje jednak nie jest z tego świata. Królestwo moje nie ma nic wspólnego z lingwistyką. Zrzesza raczej umysły ścisłe, dlatego jakakolwiek uwaga na temat etymologii słów z Biblii robi na nim ogromne wrażenie. Wczoraj się mądrzyłam na temat Adama i Ewy, bo adamah to po hebrajsku ziemia i wszyscy zaczęli się zastanawiać, co oznacza w takim razie Ewa. A że bohaterka filmu, który tłumaczyłam nosiła imię będące pochodną imienia Ewa, Chaja, to znów mogłam zabłysnąć jak Gwiazda Betlejemska. Zdobyłam takie uznanie, że jak zaczynam mówić, to moje królestwo ucisza się nawzajem, żeby móc spijać każde słowo, które pochodzi z ust moich. Tak że koniec z moją pokorą.
Jestem próżna przez ó kreskowane i ż z kropką.
Inspiracje biblijne pochodzą z lektury wiadomości o zespole Kult, który ponoć na początku swej działalności również czerpał z Pisma, a że miałam przygotować o nich prezentację na zajęcia, to też sięgam ad fontes.
Wczoraj natomiast opuściła mnie moja Basiunia, którą wcześniej stosownie wymęczyłam. Mieszkałyśmy we dwie w malutkim pokoju, poszłyśmy na koncert, który okazał się być raczej lekturą bajek (dla Basi, która zna około 3 słów po francusku było to spełnienie marzeń), a na który poszłyśmy pieszo (5 km w jedną stronę) i uraczyłyśmy się 12 egzemplarzami churros, co skutkowało odruchem wymiotnym na zapach smażonych potraw. Pocieszam się, że jej następny pobyt może być tylko lepszy. Oraz, że dzięki mnie rozchodziła nowe buty.
Nic nie było idealne i do ostatniego momentu miałam wrażenie, że Basia była zawiedziona pobytem w Paryżu, ale kiedy zobaczyłam, że wyciera łzy, jak zostawiałam ją w kolejce, wiedziałam, że czujemy to samo i że jej przyjazd był bardzo ważny bez względu na to, co zobaczyła, a czego nie zobaczyła.
A już jutro przylatuje nowa zmiana. Już są bardzo dokładne plany na ich pobyt, ale to jednak inni goście. Chcą tańczyć i wieść życie raczej nocne. Nic prostszego z Ulą Somnambulą, która zawarła znajomość z sąsiadem na drugim końcu miasta. Okazało się, że znajomy Kasi i Karima mieszka pod numerem 44 ulicy, na której ja zajmuję pokój mieszkania budynku numer 47 (tyle dopełnień, przepraszam). I jako że wybył do Barcelony, na piątkową noc lokuję u niego moich polskich braci. Jutro pójdziemy pewnie na targ bożonarodzeniowy, potem na drinka z Kasią i Karimem. Sobota rano - zajęcia w podstawówce, na których mam coraz większy flow i dobrze się składa, bo na najbliższe zajęcia p. Joanna przewidziała śpiewy. Na razie śpiewamy "Rolnika samego w dolinie", który wymaga wydobycia dwóch, w porywach do trzech, dźwięków, ale ze starszą grupą moja nauczycielka omawia Bogurodzicę, więc szykują się nowe wyzwania.. Może zasugeruję, żeby podciągnąć to pod folklor i wtedy już będę w swoim żywiole.
O, no i bym zapomniała o mojej machinie! Wygrałam maszynę do kawy za zakup 8 pudełek kapsułek, co jest dosć wygodne, bo i tak musiałabym się w nie zaopatrzyć. Dobrze się stało, bo ekspres przelewowy mi nie służył. Po pierwsze robiło mi się niedobrze po tej kawie, a po drugie ciężko się z niego korzystało na zmianę z właścicielką, która absolutnie nie toleruje dzielenia się dobrami i zamiast wypić moją kawę i zrobić nową do wspólnego użytku, wylewała moją porcję..
Skoro już mowa o kuchni, to stłukłam piękny litrowy kubek od koleżanki, ale stało się to w kulminacyjnym punkcie wszystkich tragedii, które na mnie spadły, więc nie miałam nawet siły na żałobę..
I tym dramatycznym akcentem zakończę relację z ostatnich 20 dni. Pewnie wiele pominęłam, ale pamięć bardzo okraja wspomnienia i doprowadza je do formy spójnego ciągu wydarzeń, żeby za bardzo nie niepokoić naszego umysłu przeszłością.
Tak więc ostatecznie ani ja nie pojechałam na festiwal muzyki bretońskiej, ani Theo nie pojawił się na koncertach zespołu Chłopcy kontra Basia. Ja za to wybrałam się na ich występ w poniedziałek 17.
Oj tak.
Zabrałam dwóch kolegów.
Oj tak.
Zagrali nową piosenkę o Uli Somnambuli.
Oj oj oj oj oj oj tak.
Bardzo byłam dumna. Po koncercie poszliśmy na jedzenie.
W międzyczasie, tym cudownym międzyczasie, zostałam królową duszpasterstwa. A przynajmniej mojej grupy. Zabawne jest to, że jakoś bardzo się w to nie angażuję i spisałam od początku moją działaność na tym polu na straty i chyba dokładnie z tego wynika moje powodzenie. Taką zresztą filozofię wpaja mi od dawna moja Madre: Nie szukajcie, a znajdziecie.
Królestwo moje jednak nie jest z tego świata. Królestwo moje nie ma nic wspólnego z lingwistyką. Zrzesza raczej umysły ścisłe, dlatego jakakolwiek uwaga na temat etymologii słów z Biblii robi na nim ogromne wrażenie. Wczoraj się mądrzyłam na temat Adama i Ewy, bo adamah to po hebrajsku ziemia i wszyscy zaczęli się zastanawiać, co oznacza w takim razie Ewa. A że bohaterka filmu, który tłumaczyłam nosiła imię będące pochodną imienia Ewa, Chaja, to znów mogłam zabłysnąć jak Gwiazda Betlejemska. Zdobyłam takie uznanie, że jak zaczynam mówić, to moje królestwo ucisza się nawzajem, żeby móc spijać każde słowo, które pochodzi z ust moich. Tak że koniec z moją pokorą.
Jestem próżna przez ó kreskowane i ż z kropką.
Inspiracje biblijne pochodzą z lektury wiadomości o zespole Kult, który ponoć na początku swej działalności również czerpał z Pisma, a że miałam przygotować o nich prezentację na zajęcia, to też sięgam ad fontes.
Wczoraj natomiast opuściła mnie moja Basiunia, którą wcześniej stosownie wymęczyłam. Mieszkałyśmy we dwie w malutkim pokoju, poszłyśmy na koncert, który okazał się być raczej lekturą bajek (dla Basi, która zna około 3 słów po francusku było to spełnienie marzeń), a na który poszłyśmy pieszo (5 km w jedną stronę) i uraczyłyśmy się 12 egzemplarzami churros, co skutkowało odruchem wymiotnym na zapach smażonych potraw. Pocieszam się, że jej następny pobyt może być tylko lepszy. Oraz, że dzięki mnie rozchodziła nowe buty.
Nic nie było idealne i do ostatniego momentu miałam wrażenie, że Basia była zawiedziona pobytem w Paryżu, ale kiedy zobaczyłam, że wyciera łzy, jak zostawiałam ją w kolejce, wiedziałam, że czujemy to samo i że jej przyjazd był bardzo ważny bez względu na to, co zobaczyła, a czego nie zobaczyła.
A już jutro przylatuje nowa zmiana. Już są bardzo dokładne plany na ich pobyt, ale to jednak inni goście. Chcą tańczyć i wieść życie raczej nocne. Nic prostszego z Ulą Somnambulą, która zawarła znajomość z sąsiadem na drugim końcu miasta. Okazało się, że znajomy Kasi i Karima mieszka pod numerem 44 ulicy, na której ja zajmuję pokój mieszkania budynku numer 47 (tyle dopełnień, przepraszam). I jako że wybył do Barcelony, na piątkową noc lokuję u niego moich polskich braci. Jutro pójdziemy pewnie na targ bożonarodzeniowy, potem na drinka z Kasią i Karimem. Sobota rano - zajęcia w podstawówce, na których mam coraz większy flow i dobrze się składa, bo na najbliższe zajęcia p. Joanna przewidziała śpiewy. Na razie śpiewamy "Rolnika samego w dolinie", który wymaga wydobycia dwóch, w porywach do trzech, dźwięków, ale ze starszą grupą moja nauczycielka omawia Bogurodzicę, więc szykują się nowe wyzwania.. Może zasugeruję, żeby podciągnąć to pod folklor i wtedy już będę w swoim żywiole.
O, no i bym zapomniała o mojej machinie! Wygrałam maszynę do kawy za zakup 8 pudełek kapsułek, co jest dosć wygodne, bo i tak musiałabym się w nie zaopatrzyć. Dobrze się stało, bo ekspres przelewowy mi nie służył. Po pierwsze robiło mi się niedobrze po tej kawie, a po drugie ciężko się z niego korzystało na zmianę z właścicielką, która absolutnie nie toleruje dzielenia się dobrami i zamiast wypić moją kawę i zrobić nową do wspólnego użytku, wylewała moją porcję..
Skoro już mowa o kuchni, to stłukłam piękny litrowy kubek od koleżanki, ale stało się to w kulminacyjnym punkcie wszystkich tragedii, które na mnie spadły, więc nie miałam nawet siły na żałobę..
I tym dramatycznym akcentem zakończę relację z ostatnich 20 dni. Pewnie wiele pominęłam, ale pamięć bardzo okraja wspomnienia i doprowadza je do formy spójnego ciągu wydarzeń, żeby za bardzo nie niepokoić naszego umysłu przeszłością.
piątek, 7 listopada 2014
Bachanalie
Nostalgia zainstalowała się w mej duszy.
Uszy. Wytężam uszy.
Lecz nikt nie woła.
Sytuacja niewesoła.
Sytuacja głucha zgoła.
Oła, o łagodny ścian kolorze
nuż ukoić mnie pomożesz.
Niewzruszony że aż szyderczy
uśmiech w kącie
warg twych sterczy.
Czy to sprawka Dionizosa?
Nie mam do tych spraw ja nosa.
Nos zatkany, więc nie ceni
woni wina ni jesieni.
Nos samotny, więc sam chlipie
Właścicielka ledwo zipie.
Wino też wyparowało.
Z weny nic się nie ostało.
Tak więc minęły ferie Wszystkich Świętych, ale ja nadal elegancko się obijam, bo dzisiaj odwołali mi zajęcia. Ale może mała retrospekcja.
Na koniec ferii pojechałam do mojej rodziny au pair do Bretanii. Znalazłam w tym celu kierowcę, któru również tam się wybierał. To znaczy do Rennes. Zupełnie przypadkiem najbardziej pasował mi 22-letni Theo. Zupełnie przypadkiem posadzono mnie z przodu koło kierowcy i zupełnie przypadkiem doskonale wyglądałam tego dnia (tylko z tym przypadkiem można polemizować). Całą drogą, rzecz jasna, przegadaliśmy. Theo bardzo chciał posłuchać Kapeli ze Wsi Warszawa, a ja zupełnym przypadkiem miałam ich 3 albumy na telefonie. Napomknęłam mu przy okazji o koncercie zespołu Chłopcy kontra Basia 16 listopada i prawdopodobnie się tam zobaczymy. On odwdzięczył się informacją o festiwalu tradycyjnej muzyki bretońskiej. Na pewno łatwo można sobie wyobrazić moje rozdarcie, spowodowane przyjazdem tego dnia mej uroczej cioteczki, a zatem koniecznością zorganizowania komitetu powitalnego. Ale zobaczymy, jak potoczy się moja znajomość z Theo. Być może 22 listopada nie będę o nim pamiętać. To zupełnie prawdopodobne zresztą. W każdym razie dotarliśmy po 4 godzinach podróży okraszonej doskonałym soundtrackiem do Rennes. Tam czekali na mnie mama Stephanie i cudowni Neo, Emma i Tevy. A propos komitetów powitalnych. Od razu ruzyliśmy do Lanester. Dzieciaki były trochę skonsternowane. Dwa lata wcześniej bardzo się lubiliśmy, ale dla Neo minęło pół życia od tamtej pory. Dlatego początek był ostrożny. Niesamowicie było przebyć drogę do Lanester. Ucziciwie mówiąc, rzadko wracałam myślami do tamtejszej scenerii. Rozpamiętywałam raczej chwile z dzieciakami, Steph, Ayą i całą rzeszą osób, która przewinęła się w ciągu tych dwóch miesięcy przez dom. Pobyt był zdominowany przez wydarzenia kulinarne. Funkcjonowałam 3 dni od posiłku do posiłku. Jak cała rodzina. W międzyczasie udało nam się spełnić moje marzenie, czyli odbyć spacer nad Oceanem.
Między posiłkami dzieciakom udało się też zaliczyć Halloween. Zgarnęły po torbie słodyczy, co skutkowało jakimś turbodoładowaniem na noc. Notabene dowiedziałam się, że Neo (lat 4) jest wielbicielem kawy i cydru. Lubi tez wszystko, co ma smak kawy. A, z tego, co pamiętam, nawet bez kawy wszystkich wykańczał.
Wiem, że zaburzę teraz chronologię, ale to na rzecz pogrupowania tematycznego i sensownego układu zdjęć.
Po spacerze nad Ocean dzieciaki poszły na karuzelę. I w temacie dzieci jeszcze dodam, że wszyscy wokół albo są w ciąży albo już mają dzieci. Dziś przy śniadaniu dwuletni wnuczek właścicielki uważnie mi się przyglądał i nagle dostał czkawki. Przeuroczy widok. Zupełnie go to nie wytrąciło z równowagi i nie rozumiał, dlaczego moja twarz przybrała wyraz pełen troski. No cudny. Cudny. Jest taka piosenka o mnie : https://www.youtube.com/watch?v=3xqWR5ZBxNA
W tym cudownym międzyczasie udało się Steph pójść jakieś 4 razy na zakupy. A że na wygnaniu złapałam syndrom biedaka, to aż mnie kłuło, jak podchodziliśmy do kasy. Inna sprawa, że pamiętam, co się dzieje z połową tych zakupów. Lądują w koszu. Inna sprawa, że całkiem nieźle wychodziłam na tych zakupach. Zawsze coś mi skapnęło. Z Bretanii wróciłam z dwoma opakowaniami karmelu z solonym masłem, dwiema puszkami napoju z grilowanego kokosa, dwoma opakowaniami suszonych śliwek kambodżańskich i cukierkami karmelowymi.. Bretończycy to potrafią człowieka wyprawić.. Już mam zaproszenie na kolejne odwiedziny. Od powrotu zdążyłam kupić bilety do Polski na dni 18.12-6.01. Boję się, że tylko teraz miałam taką chwilę tęsknoty i potem będę żałować, że wracam na 3 tygodnie i przegapiam Sylwestra w Paryżu, ale póki co strasznie się cieszę. Zdążyłam również zobaczyć się ze znajomymi z Polski. Przywieźli mi mój ukochany szalik, który podprowadziłam wcześniej cioteczce Basi. Zdążyłam również zaliczyć imprezę, zostać na niej samozwańcza królową parkietu, tu okolicy i opuścić klub jako jedna z ostatnich osób i poznać na koniec policjanta z Korsyki (i olśnić go moją urodą, zupełnie niewątpliwą po 6 godzinach tańca). Zdążyłam także dzisiaj nieudolnie popełnić tartę z cukinią i kozim serem, czym niezwykle ucieszyłam moją właścicielkę, która źle znosi zapach czosnku. Bo trzeba Wam wiedzieć, że głównym składnikiem tarty z cukinią i kozim serem jest dla mnie czosnek. Chyba 6 ząbków władowałam.. Na zdrowotność.
A nie, sorry, nie jestem aż tak bezproduktywna. Zapisałam się na duszpasterstwo akademickie. I, o dziwo, nie czułam się wykluczona, jak to mam w zwyczaju przy francuskich katolikach. Jest jeszcze zatem cień szansy, że znajdę katolickiego męża, Mamo. Wręcz czułam się dobrze. Udzieliłam wręcz jednej błyskotliwej odpowiedzi. Tym razem to nie moja subiektywna ocena, tylko porównanie z odpowiedzią księdza, jest źródłem samozachwytu. Ale cóż. Mówiliśmy o Duchu Świętym, który to zajmował się niejako językami, więc moje rewiry. A tu mam całe mnóstwo refleksji o języku. Zasługują na osobnego bloga, ale znając moje uwielbienie do efekciarstwa, napisałabym jedno zdanie: "Nie zamierzam dać się zniewolić słowu" i porzuciła to zajęcie. Bo serio. Mam taki moment, że lepiej mi nie zadawać pytań. Utraciłam, może bezpowrotnie, umiejętność udzielania krótkich i precyzyjnych odpowiedzi (jeśli kiedykolwiek ten dar posiadałam). Na wszystko odpowiadam filozoficznie i na końcu języka mam to jedyne zdanie, które znalazłoby się w blogu poświęconym językowi.
Nie zamierzam dać się zniewolić słowu.
Słowa, słowa, słowa*
*znane również jako słoma, słoma, słoma
Uszy. Wytężam uszy.
Lecz nikt nie woła.
Sytuacja niewesoła.
Sytuacja głucha zgoła.
Oła, o łagodny ścian kolorze
nuż ukoić mnie pomożesz.
Niewzruszony że aż szyderczy
uśmiech w kącie
warg twych sterczy.
Czy to sprawka Dionizosa?
Nie mam do tych spraw ja nosa.
Nos zatkany, więc nie ceni
woni wina ni jesieni.
Nos samotny, więc sam chlipie
Właścicielka ledwo zipie.
Wino też wyparowało.
Z weny nic się nie ostało.
Tak więc minęły ferie Wszystkich Świętych, ale ja nadal elegancko się obijam, bo dzisiaj odwołali mi zajęcia. Ale może mała retrospekcja.
Na koniec ferii pojechałam do mojej rodziny au pair do Bretanii. Znalazłam w tym celu kierowcę, któru również tam się wybierał. To znaczy do Rennes. Zupełnie przypadkiem najbardziej pasował mi 22-letni Theo. Zupełnie przypadkiem posadzono mnie z przodu koło kierowcy i zupełnie przypadkiem doskonale wyglądałam tego dnia (tylko z tym przypadkiem można polemizować). Całą drogą, rzecz jasna, przegadaliśmy. Theo bardzo chciał posłuchać Kapeli ze Wsi Warszawa, a ja zupełnym przypadkiem miałam ich 3 albumy na telefonie. Napomknęłam mu przy okazji o koncercie zespołu Chłopcy kontra Basia 16 listopada i prawdopodobnie się tam zobaczymy. On odwdzięczył się informacją o festiwalu tradycyjnej muzyki bretońskiej. Na pewno łatwo można sobie wyobrazić moje rozdarcie, spowodowane przyjazdem tego dnia mej uroczej cioteczki, a zatem koniecznością zorganizowania komitetu powitalnego. Ale zobaczymy, jak potoczy się moja znajomość z Theo. Być może 22 listopada nie będę o nim pamiętać. To zupełnie prawdopodobne zresztą. W każdym razie dotarliśmy po 4 godzinach podróży okraszonej doskonałym soundtrackiem do Rennes. Tam czekali na mnie mama Stephanie i cudowni Neo, Emma i Tevy. A propos komitetów powitalnych. Od razu ruzyliśmy do Lanester. Dzieciaki były trochę skonsternowane. Dwa lata wcześniej bardzo się lubiliśmy, ale dla Neo minęło pół życia od tamtej pory. Dlatego początek był ostrożny. Niesamowicie było przebyć drogę do Lanester. Ucziciwie mówiąc, rzadko wracałam myślami do tamtejszej scenerii. Rozpamiętywałam raczej chwile z dzieciakami, Steph, Ayą i całą rzeszą osób, która przewinęła się w ciągu tych dwóch miesięcy przez dom. Pobyt był zdominowany przez wydarzenia kulinarne. Funkcjonowałam 3 dni od posiłku do posiłku. Jak cała rodzina. W międzyczasie udało nam się spełnić moje marzenie, czyli odbyć spacer nad Oceanem.
Między posiłkami dzieciakom udało się też zaliczyć Halloween. Zgarnęły po torbie słodyczy, co skutkowało jakimś turbodoładowaniem na noc. Notabene dowiedziałam się, że Neo (lat 4) jest wielbicielem kawy i cydru. Lubi tez wszystko, co ma smak kawy. A, z tego, co pamiętam, nawet bez kawy wszystkich wykańczał. Wiem, że zaburzę teraz chronologię, ale to na rzecz pogrupowania tematycznego i sensownego układu zdjęć.
Po spacerze nad Ocean dzieciaki poszły na karuzelę. I w temacie dzieci jeszcze dodam, że wszyscy wokół albo są w ciąży albo już mają dzieci. Dziś przy śniadaniu dwuletni wnuczek właścicielki uważnie mi się przyglądał i nagle dostał czkawki. Przeuroczy widok. Zupełnie go to nie wytrąciło z równowagi i nie rozumiał, dlaczego moja twarz przybrała wyraz pełen troski. No cudny. Cudny. Jest taka piosenka o mnie : https://www.youtube.com/watch?v=3xqWR5ZBxNA
W tym cudownym międzyczasie udało się Steph pójść jakieś 4 razy na zakupy. A że na wygnaniu złapałam syndrom biedaka, to aż mnie kłuło, jak podchodziliśmy do kasy. Inna sprawa, że pamiętam, co się dzieje z połową tych zakupów. Lądują w koszu. Inna sprawa, że całkiem nieźle wychodziłam na tych zakupach. Zawsze coś mi skapnęło. Z Bretanii wróciłam z dwoma opakowaniami karmelu z solonym masłem, dwiema puszkami napoju z grilowanego kokosa, dwoma opakowaniami suszonych śliwek kambodżańskich i cukierkami karmelowymi.. Bretończycy to potrafią człowieka wyprawić.. Już mam zaproszenie na kolejne odwiedziny. Od powrotu zdążyłam kupić bilety do Polski na dni 18.12-6.01. Boję się, że tylko teraz miałam taką chwilę tęsknoty i potem będę żałować, że wracam na 3 tygodnie i przegapiam Sylwestra w Paryżu, ale póki co strasznie się cieszę. Zdążyłam również zobaczyć się ze znajomymi z Polski. Przywieźli mi mój ukochany szalik, który podprowadziłam wcześniej cioteczce Basi. Zdążyłam również zaliczyć imprezę, zostać na niej samozwańcza królową parkietu, tu okolicy i opuścić klub jako jedna z ostatnich osób i poznać na koniec policjanta z Korsyki (i olśnić go moją urodą, zupełnie niewątpliwą po 6 godzinach tańca). Zdążyłam także dzisiaj nieudolnie popełnić tartę z cukinią i kozim serem, czym niezwykle ucieszyłam moją właścicielkę, która źle znosi zapach czosnku. Bo trzeba Wam wiedzieć, że głównym składnikiem tarty z cukinią i kozim serem jest dla mnie czosnek. Chyba 6 ząbków władowałam.. Na zdrowotność.
A nie, sorry, nie jestem aż tak bezproduktywna. Zapisałam się na duszpasterstwo akademickie. I, o dziwo, nie czułam się wykluczona, jak to mam w zwyczaju przy francuskich katolikach. Jest jeszcze zatem cień szansy, że znajdę katolickiego męża, Mamo. Wręcz czułam się dobrze. Udzieliłam wręcz jednej błyskotliwej odpowiedzi. Tym razem to nie moja subiektywna ocena, tylko porównanie z odpowiedzią księdza, jest źródłem samozachwytu. Ale cóż. Mówiliśmy o Duchu Świętym, który to zajmował się niejako językami, więc moje rewiry. A tu mam całe mnóstwo refleksji o języku. Zasługują na osobnego bloga, ale znając moje uwielbienie do efekciarstwa, napisałabym jedno zdanie: "Nie zamierzam dać się zniewolić słowu" i porzuciła to zajęcie. Bo serio. Mam taki moment, że lepiej mi nie zadawać pytań. Utraciłam, może bezpowrotnie, umiejętność udzielania krótkich i precyzyjnych odpowiedzi (jeśli kiedykolwiek ten dar posiadałam). Na wszystko odpowiadam filozoficznie i na końcu języka mam to jedyne zdanie, które znalazłoby się w blogu poświęconym językowi.
Nie zamierzam dać się zniewolić słowu.
Słowa, słowa, słowa*
*znane również jako słoma, słoma, słoma
poniedziałek, 27 października 2014
A miało być tak pięknie..
No więc tak pięknie nie jest.
Po pierwsze okazało się, że Dominikanie potrzebują mnie, ano tak. Ale 7 listopada, po wakacjach. Zgoda. Tylko niech mi nie wmawiają, że taka wersja była od początku. Nie była, bo ja dokładnie pamiętam, kiedy mają nastąpić dni mojej chwały.
Po drugie w weekend zrobiłam długo oczekiwany kurs instruktora zumby.
Veni, vidi, z wygranej Janowicza nici.
Po pierwsze okazało się, że Dominikanie potrzebują mnie, ano tak. Ale 7 listopada, po wakacjach. Zgoda. Tylko niech mi nie wmawiają, że taka wersja była od początku. Nie była, bo ja dokładnie pamiętam, kiedy mają nastąpić dni mojej chwały.
Po drugie w weekend zrobiłam długo oczekiwany kurs instruktora zumby.
Tadam.
Ale, ale dowiedziałam się, że aby nauczać za pieniądze, muszę posiadać także carte professionnelle, której to wyrobienie zajmuje rok.. Ręce mi opadły, ale znów mój polski cwany umysł szybciutko podpowiedział, że może nie wszędzie o tym wiedzą, że może jak nie będę mieć stałej umowy, to mnie to nie dotyczy. A w najgorszym przypadku mogę się zapisać do członkostwa zin w ostatniej chwili przed upływem roku i dzięki temu nie będe musiała robić znów szkolenia. Dość szybko się otrząsnęłam w każdym razie.
Samo szkolenie było bardzo fajne. Prowadząca tańczyła wspaniale, chociaż polskiej inspiratorce mojego przedsięwzięcia też nic nie brakowało. W przerwie obiadowej wszyscy biegli do Mcdo po zestawy Maxi Best of Extra Large Hiper Super Mega Big Big Big, ale i tak nie jestem pewna, czy nadrabiałyśmy te kalorie..
Pierwszego dnia chciałam wrócić rowerem z Nanterre i musiałam przejść pieszo przez La Défense. Okropne miejsce, takie wykorzenione. Nawet nieliczne drzewa wyglądały jakby działały na prąd. Idealna sceneria dla "Nowego wspaniałego świata"..
Po trzecie byłam dziś na meczu Janowicza. W Paryżu rozgrywa się teraz turniej z serii Masters - BNP Paribas w Paris Bercy. Godzinę przed meczem mama zadzwoniła z Polski, żebym koniecznie poszła kibicować. Posłusznie, jak nie ja, poszłam.
6:7; 6:3; 6:4 chyba. Z jakimś kwalifikantem ze Stanów. Miałam nadzieję, że chociaż autograf zgarnę. Już nawet przemówienie szykowałam. W mojej głowie właściwie szłam już z Jerzym na kawę. Ale zgodnie z zasadą, według której scenariusz, który przeżyję w wyobraźni, się nie zrealizuje, scenariusz się nie zrealizował. No autograf. No Jerzy. No kawa. Jedynie dowiedziałam się, że o 16:30 pan Tomasz Berdi? Berdicz? Ja pani pokażę. Ach, Berdych! miał rozdawać autografy. Uznałam, że zamiast czekać godzinę, pojadę po moją kartę płatniczą. Piękna jest. I pusta. Piękna i pusta. Zupełnie jak ja!
Jestem na niej Mle. Bardzo mi się to nie podoba. Nie wiem, czemu służy zachowywanie tej formy. Nie istnieje analogiczna nazwa dla mężczyzny. Czuję, że mój bank chce mi zasygnalizować, że czas na ustatkowanie się i założenie rodziny. Wtedy zasłużę na godniejsze miano.
W drodze do banku dostrzegłam tyle wspaniałych rzeczy, że wiedziałam, że trasa powrotna nie będzie prowadziła po linii prostej. Zahaczyłam o jakiś targ produktów handmade. Zahaczyłam o księgarnię, gdzie znalazłam książkę, o którą prosiła mnie koleżanka socjolingwistka. Tu trzeba przyznać, że szczęście się do mnie uśmiechnęło. Chwyciłam ostatni egzemplarz w 3 razy niższej cenie. Magda obiecała mnie za to wielbić. Zahaczyłam na koniec o Mcdo, żeby zrealizować kupon na cziza i żeby napisać Magdzie, że może zacząć mnie wielbić. Ach. Ach. Przecież jeszcze sklep z egzotycznymi produktami i mój nowy faworyt: sok z pieczonego kokosa. Wspaniały. Z kawałkami kokosa. Zlokalizowałam tam też sajgonki w dobrej cenie. Moj nowy Pomysł na Obiad!
No i przy temacie szczęścia nie sposób nie wspomnieć o moim nowym mieszkanku w 15. dzielnicy przy wieży Eiffela.
Cierpię jedynie, że nie mogę namierzyć odkurzacza, a niektóre pomieszczenia zdecydowanie domagają się jego interwencji. Prania dokonałam dzisiaj, ale moje mityczne zdolności techniczne musiały uznać klęskę w pojedynku z dvd.. Nie mam pojęcia, jak to się uruchamia..
Pięknie jest też dlatego, że nie czuję się bardzo samotna. Oczywiście chętnie bym się zobaczyła z rodziną, ale moi znajomi z Bretanii napisali mi, że mogę wpaść do nich, kiedy zechcę. Moja rodzina au pair zaprasza mnie na weekend albo jeśli chcę przyjechac wcześniej do Rennes, to mogę mieszkać z nimi w hotelu. Zaznaczam, że obie oferty zakładają pobyt nad Atlantykiem i wdychanie jodu zamiast spalin paryskich. Ale w Paryżu też mam parę opcji. Na ten przykład Leslie, znajoma pisarka (jak to brzmi) zaprasza na swój spektakl i na kawkę.
Hajlajf, proszę Państwa, hajlajf!
A może jednak jest całkiem pięknie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)











